Blog > Komentarze do wpisu

Cenotes i Coba – w głąb lądu! (grudzień 2012)

Kolejnego dnia, wypożyczonym samochodem, ruszyliśmy w głąb lądu w do Meridy. Pierwszy nasz postój jednak był kilka km od miasteczka Tulum – Cenote Cristal .
Półwysep Yukatan jest wapienny i płaski jak stół. Dlatego tworzą się tam jaskinie sięgające w głąb ziemi, które następnie zalewane są wodą pochodzącą z deszczu. Tak powstają niezliczone jeziorka w dżungli, które pod woda mają czasem wielkie systemy jaskiń. Dla Majów było to wejście do podziemnego świata umarłych – Xibalba, dlatego też często były to miejsca składania ofiar z ludzi... Cenotes często znajdują się pod opieką lokalnej społeczności, która (w zamian za opłatę za wstęp) dba o teren wokoło zapewniając ławeczki piknikowe, pomosty, toalety itp. Większość turystów udaje się do Gran Cenote ale nam odradzono wizytę tam ze względu na liczbę turystów oraz stosunkowo wysokie opłaty wstępne. Dlatego trafiliśmy do malutkich Cenote Cristal oraz Cenote Escondido. To pierwsze jest bardzo fajne do pływania (przetestowaliśmy, a Weronika nawet dojrzała tam pływające żółwie!), drugie podobno też, a dodatkową jego atrakcją jest mieszkający w niej krokodyl! Podobno niegroźny i nieduży, my jednak woleliśmy nie sprawdzać :-)

 Cenote Cristal

 Cenote Cristal

Cenote Cristal

Cenote Cristal

 Po odwiedzeniu cenotes pojechaliśmy do miasta Coba, gdzie znajdują się ładne ruiny miasta. Ich wielką atrakcją jest położenie (w dżungli, porośnięte lasem, co trochę przypominało to nam Angkor Wat w Kambodży) oraz stosunkowo niewielka liczba turystów (oczywiście relatywnie niewielka, ale nie ma tam problemu aby na zdjęciu nie mieć nikogo innego). Teren jest całkiem duży, gdyż odległość dwóch największych obiektów od siebie to 2 km. Ze względu na upał i duchotę (byliśmy tak w samo południe) nie zwiedziliśmy całości – Weronika i Beata miały już dosyć.

 Coba

Coba

Coba

Coba

Coba

Coba

Dla Weroniki ruiny byłby całkiem fajnym miejscem do zabawy w smoka, jego zamek, księżniczkę i rycerza :-)

 Coba

Coba

Coba

Coba

Tego dnia nocowaliśmy w miasteczku Valladolid. Jest to stare kolonialne miasteczko, po drodze do Chichen Itza – najsłynniejszych ruin na Yukatanie (gdzie warto pojawić się rano, jeszcze przed kilkoma tysiącami turystów, którzy tam codziennie przyjeżdżają z Cancun i okolic). W Valladolid na placu głównym znajduje się zabytkowy kościół, który w nocy jest ślicznie podświetlony.

Valladolid

Valladolid

Chichen Itza (grudzień 2012)

 

Chichen Itza to jedno z największych miast Majów, założone około 600 r.n.e. Gdy Hiszpanie podbijali Meksyk miasto było opuszczone (nie do końca wiadomo dlaczego). Jego wielkość robi wrażenie, a przede wszystkim Castillo (Świątynia Kukulkan) – wysoka na ok 30 metrów piramida. W jej wnętrzy znajduje się druga piramida, starsza, która została przykryta przez Castillo (jest podziemne wejście do korytarza prowadzącego do wewnętrznej piramidy). Niestety cały ten teren jest zamknięty – nie wolno ani wspinać się na piramidę ani wchodzić do jej ukrytych korytarzy... Jednym z powodów zakazu wspinania się na schody były wypadki (nawet śmiertelne) – schody są bardzo strome i czasem turyści nie dawali rady.

Teren Chichen Itza jest bardzo duży i przejście go wymaga około 2 – 3 godzin spaceru. Z Weroniką nie mieliśmy tyle czasu (zanudziłaby się na śmierć) więc szybko przeszliśmy tylko najważniejsze obiekty, zatrzymując się od czasu do czasu w cieniu aby pobawić się trochę :-)

 

 

Teren Chichen Itza to także wielki targ z pewnie setką straganów sprzedających mniej lub bardziej oryginalne i ładne pamiątki: od małych figurek, rzeźb po dywany :-)

 

Na terenie Chichen Itza znajduje się także największe znane boisko do gry w tradycyjną meksykańska piłkę. Gra ta przypominała trochę koszykówkę, gdyż chodziło o to aby piłka przeleciała przez kamienną obręcz na ścianie, przy czym prawdopodobnie piłkę uderzało się biodrem lub tułowiem. Ciekawostką tej gry były ścinanie kapitana, a może nawet całej przegranej drużyny. Przynajmniej mieli silną motywację do wygranej...

 

 

 

Około południa zaczęły się zjeżdżać wycieczki i tłumy turystów zaczęły gęstnieć. Szybko zjedliśmy lunch w barze przy wejściu do Chichen (nie polecamy baru – jedzenie wyjątkowo niesmaczne!) i ruszyliśmy do Meridy – miasteczka, gdzie mieliśmy spędzić kolejne kilka dni.

 

 Merida (grudzień 2012)

 

Merida to spore miasto ze starówką w stylu kolonialnym. Jest ono także stolicą stanu Yukatan. Nasz hotel znajdował się jedną przecznicę od głównego placu, a więc lokalizacyjnie świetnie położony – bardzo blisko do wszystkich najładniejszych zakątków miasta. Dodatkowo Merida jest dobrym miejscem na zakupy pamiątek – na każdym kroku sklepy z pamiątkami z dosyć atrakcyjnymi (oczywiście po negocjacjach) cenami.

 

 

Na placu głównym znajdują się między innymi Palacio de Gobierno, Palacio Municipal oraz Catedral de San Ildefonsio. Bardzo ładnie odnowione zabytki, które nadają kolonialny klimat Meridzie. Wszędzie wokoło znajdują się stare kamienice (w jednej z nich był nasz hotel Reforma), które wyglądają praktycznie tak samo jak zabytki w peruwiańskiej Limie czy chilijskim Santiago de Chile. W końcu wszystkie zbudowane zostały przez Hiszpanów...

 

 

Obok naszego hotelu znajdował się ulubiony placyk Weroniki – Parque Hidalgo oraz kościół de la Tercera Orden. Placyk ten służył za plac zabaw – w cieniu drzew, odrobinę na uboczu (więc nie było tam tak głośno od zgiełku ulicznego), a na środku znajduje się pomnik ze schodami (a Weronika bardzo lubi schody).

 

Po zmroku miasto nabiera szczególnego uroku – centrum jest bardzo ładnie oświetlone, w weekendy ulice są zamykane gdyż rozstawiają się tam restauracyjki i bary, rozkładają się stragany, uliczni grajkowie a na ulice wylegają tłumy meridańczyków i turystów.

 

 W ciągu dnia Merida jest trochę mniej przyjemna, gdyż upałowi towarzyszy zgiełk ruchu ulicznego i zaduch dużego miasta...

 

Dziwne w Meridzie jest to, że ledwie kilka przecznic od centrum na północ miasto wygląda jak wymarłe – typowe („nowoczesne”) budownictwo zamiast, jak zwykle tętnić życiem, jest puste – domy wystawione na sprzedaż lub wynajem i zupełnie pusto na ulicy...

 

 

Za wskazówkami przewodnika wybraliśmy się także na Paseo de Montejo – wybudowana w XIX wieku szeroką ulice mającą być nowoczesną wizytówką Meridy. Chyba jakoś nie trafiliśmy w dobra porę (niedziela po południu nieodpowiednia?), gdyż ulica ta była niemalże pusta a restauracje zamknięte. Przy ulicy znajduje się kilka imponujących zabytkowych budynków, ale nie wyglądały one na specjalnie zagospodarowane (pewnie mieszczą się tam muzea lub urzędy).

 

Na ulicach Meridy, gdzieniegdzie, znaleźć można tabliczki z rysunkami oraz słownictwem po hiszpańsku. Podobno miały służyć nauce przez ludność lokalną języka hiszpańskiego...

 Cenote Ikil i powrót nad morze (grudzień 2012)

 

Wracając z Meridy w kierunku morza zaplanowaliśmy jeszcze postój przy Cenote Ikil – kolejne jeziorko w jaskini na drodze pomiędzy Valladolid a Chichen Itza. Wcześniej jeszcze Tomek może się pochwalić pierwszą większą wpadką w Meksyku – dał się oszukać (jak niedzielny turysta!) na stacji benzynowej. Schemat jest prosty – dajesz 500 peso, panowie z obsługi w tym czasie odwracają twoją uwagę zagadując („z Polski jesteście! To jak Jan Paweł II! My go kochaliśmy, bo my katolicy jesteśmy!”), a jednocześnie ukradkiem podmieniają banknot 500 peso na 50 peso i pokazują, że się pomyliłeś i zapłaciłeś za mało. A Tomek dał się na to nabrać, więc drugi raz zapłacił 500 peso... A wydawało się, że taki wytrawny podróżnik...

 

Cenote Ikil to całkiem spore miejsce i świetnie przygotowane do przyjmowania turystów, który chętnie tam się zatrzymują w drodze do lub z Chichen Itza. Ponieważ jest to ponad 150 km od morza, woda nie sięga brzegów jaskini a znajduje się głęboko w jej wnętrzu – wygląda to jak ogromna i głęboka studnia! Aby dotrzeć do jeziorka trzeba zejść schodami (wykutymi w tunelu) około 30 metrów w dół. Samo jezioro jest jeszcze głęboko na około 40 – 50 metrów! Można oczywiście w nim pływać, w towarzystwie czarnych ślepych rybek :-)

 

Woda wydaje się czarna, a tylko w południe (gdy słońce świeci prosto w dół tej wielkiej studni) nabiera niebieskiego koloru! Z góry zaś zwisają korzenie drzew, które w ten sposób próbują sięgną do wody.

 

Na miejscu, tak jak wszędzie w turystycznych miejscach w Meksyku, świetnie przygotowana i utrzymana infrastruktura – czyściutkie łazienki i przebieralnie (dla korzystających z kąpieli w cenote), sklepik z pamiątkami i restauracja.

 

Po drodze jeszcze mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda meksykańska wieś.

 

 

 

Powrót do Tulum i wycieczka do Xel-Ha (grudzień 2012)

Po powrocie do Tulum zatrzymaliśmy się w innym hoteliku – El Punto. Jest on dosyć dogodnie położony – na obrzeżach miasta, przy skrzyżowaniu z drogą wiodącą na plaże, obok supermarketu. Hotelik jest bardzo fajny, a najfajniejszą rzeczą jest darmowa wypożyczalnia rowerów. Rower to najlepszy środek transportu po Tulum.



Myśmy właściwie w Tulum już nie mieli nic do roboty, ale nasz plan to wizyta w Xel-Ha – to taki eco-park, czyli naturalny park rozrywki. Znajduje się on kilkanaście kilometrów od miasteczka, a dogodny transport zapewniają buski (colectivo) jadące w kierunku Playa del Carmen (trzeba wysiąść na wysokości parku i ostatnie kilkaset metrów przejść piechotą). Oczywiście bardzo niewielu turystów jedzie tam transportem publicznym, a raczej jadę specjalnym autobusem z Tulum. Nas na miejscu przywitała tropikalna ulewa i po wysiadce z colectivo schroniliśmy się pod daszkiem na przystanku, razem z innymi podróżnymi – pracownikami parku. Po chwili wszystkich nas do samochodu zabrał kolejny pracownik parku, więc w sumie udało nam się uniknąć zmoknięcia. A deszcz po kilkunastu minutach ustał.

Xel-Ha za czasów Majów było portem, a znajduje się w ślicznej zatoczce. Teraz jest to teren wielkiego eco-parku czyli miejsca gdzie można spędzić cały dzień wśród meksykańskiej przyrody. Ale nie jest to nic podobnego do naszych polskich parków narodowych – codziennie przyjeżdża tutaj kilka tysięcy osób, na miejscy czekają restauracje, sklepiki z pamiątkami, bary, leżaki, hamaki, mini-plaże, place zabaw dla dzieci, salony masażu itp. Ale jednocześnie jest to piękne miejsce do snorkelowania (nie ma fal, woda jest czyściutka a w wodzie sporo różnorodnych kolorowych rybek a także płaszczki), są małe cenotes, rzeczka, którą można spłynąć na wielkich dmuchanych kołach, wszędzie biegają legwany oraz koati (ostronos rudy, zwierzę z rodziny szopowatych). Podziwiać można także (niestety żyjące w niewoli) delfiny oraz manaty. Można powylegiwać się na plaży, pojeździć rowerem, zjechać kolejką tyrolską, przepłynąć przez jaskinie, oglądać rybki z łódki o szklanym dnie, przejść mostkiem linowym lub poskakać ze skały do wody. 

Teren na szczęście jest tak duży, że te tysiące ludzi rozłażą się po okolicy i poza główną restauracją nigdzie nie ma tłoku. A w restauracji zaskoczyło nam naprawdę smaczne jedzenie (ta zupa z owoców morza...!). Najwięcej skorzystaliśmy z kąpieli w czyściutkiej i przejrzystej wodzie zatoczki (sprzęt do snorkelowania i płetwy wypożycza się za darmo, tak samo jak ręczniki), a najwięcej frajdy sprawiło nam  oglądanie delfinów. Za drobną opłatą od 90 USD do 135 USD można z tymi delfinami popływać.

Weronice najbardziej spodobały się wielkie manaty – wyglądające trochę jak głazy. Oglądaliśmy je z pomostu (za drobną opłatą 90 USD można z nimi popływać i pokarmić je z ręki brokułami).

 

Cozumel (grudzień 2012)

Z Tulum wróciliśmy do Playa del Carmen, która miała być także naszym ostatnim postojem przed powrotem do Polski. Z Playa planowaliśmy jeszcze popłynąć na wyspę Cozumel (nie udało nam się zrobić to na początku pobytu). Z Playa pływają szybkie promy co godzinę (podróż zajmuje ok 45 minut, a kosztuje około 12 USD za osobę w jedną stronę).

Wyspa Cozumel to świetne miejsce na nurkowanie i snorkelowanie. Są tam także śliczne plaże, ale od strony otwartego morza, gdzie silne fale i prądy mocno utrudniają pływanie. Jest to także miejsce gdzie przypływają wielkie wycieczkowce. Tyle wiedzieliśmy o wyspie, więc w sumie nie do końca wiedzieliśmy czego się spodziewać. Liczyliśmy na spokojną wyspę, z przyrodą objętą ochroną, trochę odludną – coś na kształt Ihla Grande w Brazylii. Rzeczywistość okazał się zupełnie inna, trochę rozczarowująca.

Miasteczko, do którego przypływa prom (San Miguel) to klasyka małego kolonialnego miasteczka. Na każdym korku restauracyjki i sklepy z pamiątkami. Na jego obrzeżach jednak powstały centra handlowe,  supermarket oraz zupełnie nijakie wielkie sklepy z biżuterią, pamiątkami, ubraniami i czymkolwiek co chcieliby kupić turyści.

Niestety po wyspie można się poruszać tylko (nietanimi) taksówkami lub wynajętym samochodem, gdyż lobby taksówkowe skutecznie blokuje powstanie jakiegokolwiek publicznego transportu. Nas nie interesował wyjazd na którąś z plaż, a raczej chodziło nam o miejsce do snorkelowania w miarę niedaleko od miasteczka. Plaże znajdują się na wschodnim wybrzeżu, ale z powodu piasku (i fal) nie ma tam dobrych warunków na snorkelowanie. Z kolei kolorowe rybki można podziwiać na wybrzeżu zachodnim, gdzie nie ma piaszczystych plaż a brzeg jest skalisty. Nasz wybór padł na Villablanca – bar nad morzem z przygotowanym dogodnym wejściem do wody oraz leżaczkami.

Brzeg praktycznie od samej przystani promowej jest w pełni zabudowany domami, willami, apartamentowcami w dosyć chaotycznym stylu, zupełnie bez uroku. Zapewne inne części wyspy są urocze, ale nam się nie chciało spędzać w samochodzie godziny by dotrzeć w bardziej odludne rejony (może to błąd był?). Villablanca jest dość przyjemnym miejscem, snorekelowanie jest tam natomiast OK –gorsze niż np. w Xel-ha i zupełnie nieporównywalne do Tajlandii czy Indonezji. A dodatkowym minusem są pływające łódki, które powodują, że musisz cały czas pilnować się bojek wyznaczających bezpieczny teren. Ale trochę kolorowych rybek udało nam się zobaczyć :-)

Playa del Carmen – ostatnie promienie słońca (grudzień 2012)

Ostatnie dwa dni w Playa spędziliśmy już zupełnie na spokojnie – plaża, spacery, zakupy... Czas jednak bardzo szybko biegł i cały wyjazd do Meksyku wydawał się trwać jednak krótko :-)

Nasz ostatni hotel (Playalingua Del Caribe) był całkiem dobrze położny (przy deptaku, blisko plaży), z jednym drobnym wyjątkiem – obok znajdowała się dyskoteka, przez co do 2 – 3 w nocy gwarantowany hałas i dudnienie. Trochę to było dla nas męczące. Oczywiście jedynie Weronika nie zwracała uwagi na hałasy i zasypiała bez problemu. Jakże inaczej było w naszym pierwszym hotelu (El Aquario).

W środku dnia na plaży był upał nie do zniesienia, więc wybieraliśmy się tam rano i po południu. Wtedy także było najlepsze słońce do fotografowania :-)

Długi lot do Gdańska (grudzień 2012)

Lot powrotny miał być trochę krótszy niż lot do Meksyku (ruch obrotowy Ziemi miał nam pomagać) i w sumie do Frankfurtu dotarliśmy nawet przed czasem. Natomiast tam czekała na nas niespodzianka – lot do Gdańska został przez LOT odwołany! Nie opóźniony, a po prostu odwołany. Chwilę zajęło nam zanim udało nam się dowiedzieć jak mamy znaleźć sobie powrót do Gdańska (okazało się, że kasy biletowe Lufthansy nam pomogą). A tam długa kolejka podróżnych z całego świata z podobnymi problemami. Ponieważ to był 23.XII samoloty pełne i niełatwo znaleźć wolne miejsce – a kto pierwszy ten lepszy (kto szybciej trafił do kas ten miał większe szanse na alternatywne połączenie). A nam jeszcze trafiła się przerwa, gdyż pewien brodaty pan o ciemniejszej karnacji skóry zostawił w terminalu pod słupem walizkę i sobie poszedł. Oczywiście jak tylko policja się zorientowała zarządziła ewakuację terminala (w tym kas biletowych), dopóki nie przyjechali pirotechnicy i nie sprawdzili co jest w środku. Jak przyszła w końcu kolej na nas (po około 2 godzinach czekania!) byliśmy totalnie zmęczeni (w podróży już 14 godzin). Bardzo miły pan szukał dla nas połączeń i tylko zmartwiony kiwał głową... Samoloty pełne, jedyne co nam mógł zaoferować to lot Frankfurt – Berlin – Warszawa - Gdańsk. Jakoś nam się to nie uśmiechało, gdyż obawialiśmy się opóźnień na takim kombinowanym locie. Gotowi byliśmy nawet zostać na noc we Frankfurcie niż spędzić jeszcze cały dzień na lotniskach. Ostatecznie, na śpiąca u Tomka na rękach Weronikę oraz Beatę w ciąży, udało się polecieć Frankfurt – Warszawa – Gdańsk  w biznes class (w której byliśmy jedynymi pasażerami) i po 24 godzinach od wyjścia z hotelu w Playa dotarliśmy do domu (co prawda bez wózka Weroniki, który zagubił się gdzieś po drodze i dotarł ostatecznie dwa dni później).

piątek, 25 października 2013, tomasz.kochanowski

Polecane wpisy

  • Sycylia – Trapani (2014-10)

    Ostatnie chwile na Sycylii to Trapani, gdzie spędziliśmy ostatni dzień (była to niedziela) przed odlotem do Polski. Mieszkaliśmy w apartamencie La Mattanza, któ

  • Sycylia – Palermo (2014-10)

    Dalsze nasze kroki wiodły do Palermo. Ostrzegano nas przed szalonym ruchem drogowym i jeszcze bardziej szalonymi kierowcami. Nie było wcale tak źle, ale to może

  • Sycylia – Cefalu (2014-10)

    Po kilku dniach w San Vito, przemieściliśmy się do Cefalu. Trasa zajmuje około 2,5 godziny. Pierwsze 45 minut to droga przez góry – sporo serpentyn i wąsk

Komentarze
2013/12/20 13:42:23
raj na ziemi!
-
2017/11/15 12:56:34
Świetna wyprawa. Dobre auto musieliście mieć żeby nie ugrzęznąć w tym lądzie