|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|
środa, 29 lutego 2012
Niestety pogoda przestała nam sprzyjać. Zaczęło robić się coraz chłodniej i deszczowo. Mimo to nie daliśmy za wygraną, zapakowaliśmy do samochodu wózki, parasole, kurtki przeciwdeszczowe i ruszyliśmy do Florencji. Dojazd tam jest bardzo łatwy – 1,5 godziny autostradą. Problem oczywiście z parkowaniem w mieście – aby nie tracić godziny na szukanie jakiegoś lepszego miejsca, musieliśmy skorzystać z płatnego wielopoziomowego i drogiego parkingu przy stacji kolejowej.
Ledwie przyjechaliśmy do Florencji a już musieliśmy szukać miejsca na lunch dla dzieciaków i dla nas. Wybór padł na pizzerię gdzie przemiła obsługa zajęła dla nas spory kącik gdzie wygodnie z dzieciakami i wózkami mogliśmy się rozłożyć. Oczywiście dzieci cieszyły się specjalnymi względami i nawet zostały poczęstowane, na koszt firmy, lodami. Bardzo im smakowały!
Pogoda na szczęście zaczęła się poprawiać więc resztę miasta zwiedzaliśmy już bez parasoli i kurtek.
Dzieciom także bardzo się podobało zwiedzanie miasta!
Jeszcze szybki rzut oka na plan miasta, i można zwiedzać dalej!
Florencja okazała się bardzo przyjemnym miastem, a najbardziej fotogeniczne (albo obfotografowane) miejsce to Most Złotników nad rzeką Arno.
Właściwie we Florencji co krok można niespodziewanie natknąć się na urokliwe i fotogeniczne miejsca.
Włosi słyną z parkowania "na żyletkę". I trzeba przyznać, że mają do tego talent...
czwartek, 09 lutego 2012
Jedną z największych atrakcji turystycznych tej części Włoch jest Cince Terre (region Liguria, na północ od Toskanii). To szereg malutkich miasteczek przytulonych do skalistych klifów na północ od miasta La Spezia. Zwiedzanie tego regionu odbywać się może pociągiem (miasteczka łączy linia kolejowa biegnąca tunelami i wiaduktami), stateczkiem (który zatrzymuje się w poszczególnych miasteczkach) lub też piechotą :-) Samochód nie jest wskazany, gdyż droga jest bardzo kiepska i do miasteczek tych wjazd jedynie za specjalnymi przepustkami.
Czyż lunch w takim miejsu nie smakuje lepiej?!
Potem była Vernanza. Chyba najprzyjemniejsze z tych miasteczek, które odwiedziliśmy. Nad samym morzem znajduje się mały (i zatłoczony) placyk z restauracjami i malutką plażą.
My szukaliśmy spokojniejszego miejsca, gdzie można było na chwilkę usiąść i wypuścić dzieci na spacer.
Później dzieci (przynajmniej niektóre) poszły spać….
… a rodzice mieli czas spokojnie zjeść lunch. I wypić piwko.
Ostatnią miejscowością odwiedzoną przez nas było Monterosso. Niestety pogoda się troszkę popsuła i już nie świeciło nam słońce. Choć nadal było wystarczająco ciepło na spacerowanie i włoskie lody.
wtorek, 07 lutego 2012
Naszym kolejnym punktem zwiedzania Włoch była Lucca – zabytkowe miasto ukryte trochę w górach kilkanaście kilometrów od wybrzeża. Było to bardzo pozytywne zaskoczenie, bo miasto naprawdę jest urocze. Starówka, otoczona doskonale zachowanymi murami obronnymi, to labirynt krętych i wąskich uliczek, z których niespodziewanie wychodzi się śliczne place i ryneczki. Dojazd do Lucca’i omijający autostradę wiedzie niezłymi serpentynami (na których auto Doroty i Maćka zaliczyło pierwszą, niestety nie ostatnią, awarię). Bardzo łatwo jest zaparkować, na którejś z uliczek tuż przed murami starówki, gdyż wjazd do centrum jest zamknięty dla normalnego ruchu. Starówka nie jest zbyt duża więc całość można spokojnie zobaczyć spacerując.
Oczywiście zaraz jak tylko zaczęliśmy zwiedzać miasto przypadała pora lunchu na nas i dzieciaków – zaczęło się więc szukanie odpowiedniej restauracji. Pogoda była wspaniała więc grzechem byłoby siedzenie w budynku.
Błądząc po mieście trafiliśmy na kolejny przyjemny, tym razem okrągły, plac – Piazza dell’Anfiteatro
Poza murami postanowiliśmy jeszcze odwiedzić ogród botaniczny, który zgodnie z przewodnikiem, miał być bardzo przyjemnym miejscem. Niestety nie możemy tego potwierdzić – miejsce gdzie rzekomy ogród miałby być to po prostu trawnik i trochę krzaków ogrodzonych płotem… Ale mury z zewnątrz wyglądają także przyjemnie.
W drodze powrotnej do naszego domu zatrzymaliśmy się jeszcze na plaży w Viareggio. Było już popołudnie i plaża była prawie zupełnie pusta.
Nasza pierwsza wycieczka poza okolicę domu to była Piza, oddalona o około 20 km. Piękny słoneczny dzień sprzyjał spacerom i długiemu lunch’owaniu w restauracji na ulicy. Widoki piękne, Krzywa Wieża nadal krzywa i oblegana przez turystów.
Zrobiliśmy nawet Weronice pierwsze zdjęcię do jej przyszłego albumu Wielkiego Podróżnika :-)
Po serii tradycyjnych fotek ruszyliśmy w poszukiwaniu restauracji gdzie będzie można pochylić się nad pizza lub kawą korzystając z pięknej włoskiej pogody. Znaleźliśmy taka ledwie kilkaset metrów od Wieży. Już wtedy przekonaliśmy się, że Włochy to kraj przyjazny dzieciom – wszędzie w restauracjach krzesełka, obsługa niezwykle miła i wyrozumiała, a dzieciakom bardzo szybko spodobało się, że obcy ludzie się do nich uśmiechają, zaczepiają i mówią coś w niezrozumiałym języku :-)
Nasz kolejny wypad wakacyjny był już po urodzeniu Weroniki, więc był to wyjazd typowo rodzinny. Wraz ze znajomymi, w trzy rodziny z dziećmi (Emilka i Krzysiek z Lilą, Dorota i Maciek z Mikołajem i my z Weroniką), postanowiliśmy wynająć willę w Toskanii. Dom znaleźliśmy przez Internet (www.interhome.pl), nie znając okolicy, więc odrobinę w ciemno. Wybór jednak okazał się zupełnie udany :-)
środa, 10 sierpnia 2011
Portugalia oraz południowo-zachodnia Hiszpania to wspaniały rejon na wakacje. Piękne widoki, dobre jedzenie, rewelacyjny klima. Może jedynie momentami było z ciepło. :-) Latem może być jeszcze gorzej, więc warto być przygotowanym na upały! Hiszpania, o dziwo, okazała się być odrobinę tańsza niż Portugalia. Ale ta druga ma piękniejsze wybrzeże, ze względu na urokliwe klify rozdzielające plaże. Oczywiście udało nam się zobaczyć tylko fragment tych dwóch krajów, co pewnie oznacza, że jeszcze tam wrócimy!
wtorek, 09 sierpnia 2011
Ostatnim naszym punktem w Portugalii była Evora – zabytkowe miasto na wschód od Lizbony. To małe miasteczko jest jednym z najstarszych w Portugalii ze sporą starówką, ruinami rzymskiej świątyni oraz duża katedrą. Miasto, według naszego przewodnika, jest tętniące życiem, także dzięki uniwersytetowi. Nasze pierwsze wrażenie było wręcz przeciwne – miasto było zupełnie puste! Ale jak się okazało wynikało to z panujących temperatur – fala silnych upałów, z temperaturami sięgającymi 40 stopni, przechodziło właśnie przez Portugalię. Po krótkim spacerze po starówce wróciliśmy więc na nasz kemping, a właściwie do kempingowego basenu :-) Dopiero wieczorem, gdy wybraliśmy się ponownie do miasta ulice zapełnione były ludźmi. Miasto jest faktycznie sympatyczne, zabytkowe, ale żeby od razu na listę dziedzictwa kultury UNESCO…? ![]()
Do Sewilli dotarliśmy po południu. Nasz nocleg był w dzielnicy Triana – bardzo blisko starówki, gdzie większość dróg jest zamknięta dla ruchu, po drugiej stronie rzeki Guadalquivir. Najważniejsze dla nas było, że parkowanie na ulicy było darmowe, trzeba było tylko znaleźć miejsce. Nie było to łatwe, ale się udało. Szybko zostawiliśmy bagaże w hotelu i ruszyliśmy na spacer po mieście. Mimo iż było już około 19:00 to nadal panował upał. Ty był przedsmak tego, co miało się dziać następnego dnia w południe! ![]() W samym centrum znajduje się minaret La Girarda. ![]() ![]() Starówka sieć uliczek pełnych sklepów, barów i restauracji. To co nam najbardziej się podobało to bary tapas – gdzie można napić się piwa czy wina i skosztować pysznych przekąsek. Jednym z najbardziej znanych miejsc jest bar Bodega (lub też Las Columnas). I to wcale nie turyście powodują tutaj wieczorny tłum tak duży, że całe skrzyżowanie uliczek jest zajęte! Tapas - czyli małe przekąski - to mogą być zarówno kanapeczki jak i bardziej wymyślne np. grillowane ośmiornice. Największa atrakcja było zamawianie wszystkiego po hiszpańsku, gdyż personel niekoniecznie znal angielski. Zamawialismy więc trochę w ciemno :-) ![]() Najważniejsze obiekty Sewilli to podobno największa na świecie gotycka Katedra Najświętszej Maryi Panny oraz położony w samym centrum Pałac Alcazar. Przepiękne miejsce, które trzeba koniecznie odwiedzić! ![]() ![]() ![]() Z powodu niesamowitego upału panującego w mieście (starszym ludziom nawet radzono nie wychodzić z domów) w południe schowaliśmy się ogrodach Pałacu. ![]() ![]() Teren starego miast jest całkiem spory i można godzinami się po nim włóczyć. W mieście nie brakuje także pięknych skwerów. ![]() ![]() Jest także pomnik Krzysztofa Kolumba, gdyż to właśnie z Hiszpanii wyruszył w wyprawę do, nieznanej wówczas w Europie, Ameryki. ![]()
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Droga Marbella – Ronda wiedzie przez góry strasznymi serpentynami. Trochę dłużej nam jej przejechanie zajęło niż sadziliśmy. Po drodze tylko postój w jednym z uroczych białych miasteczek Andaluzji. ![]() Do Rondy dotarliśmy wieczorem o 21:30, ale jeszcze zdążyliśmy zrobić szybki wypad do miasta zobaczyć jak wygląda po zmroku. Wyglądała ślicznie, a i tam nie widzieliśmy jej najładniejszych części, gdyż kemping zamykali o 23 i musieliśmy zdążyć! Prawdziwe zwiedzanie miasta dopiero następnego dnia. W wielu przewodnikach (np. Lonely Planet) w ogóle o tym miasteczku nie piszą. A to błąd, bo to jedno z piękniejszych jakie widzieliśmy! Jest bardzo stare – znajduje się tam najstarsza arena do walk byków, zadbane i urocze. W starych kamienicach jest wiele luksusowych hoteli restauracji. Niełatwo znaleźć tani nocleg w mieście! Świetnie zachowały się mury obronne i niektóre bramy do miasta. ![]() Starówka zachwycająca – pięknie odnowione i utrzymane budynki, drzewka pomarańczowe rosnące na skwerkach… ![]() Główną atrakcja Rondy jest osiemnastowieczny most o wysokości 120 metrów łączący dwie skały na których przycupnęło miasteczko. ![]() ![]() ![]() Bardzo ładny widok ukazujący wielkość mostu jest punktu poniżej miasteczka – przed wjazdem na starówkę wystarczy skręcić w lewo (jadąc od południa) i wąskimi uliczkami dojechać do granicy domów. W Rondzie spędziliśmy bardzo przyjemny dzień, ale po południu wyruszyliśmy do kolejnego punktu naszej trasy … Sewilli.
czwartek, 04 sierpnia 2011
Przemieszczając się wzdłuż wybrzeża nasza droga wiodła koło Gibraltaru – miasta o specjalnych prawach należącego do Wielkiej Brytanii. Jest to w pewnym stopniu raj podatkowy oraz strefa wolnocłowa, co przyciąga turystów (także na niby tanie zakupy) oraz milionerów poszukujących "optymalizacji podatkowej". Gibraltar to wielka skała wznosząca się wysoko (426 m. n.p.m.) ponad otaczające tereny w cieśninie zamykającej Morze Śródziemne. Znaczenie strategiczne tego rejonu jest ogromne stąd obecność Brytyjczyków tam od wieków. Miasto przytulone jest do skały, na której znajduje się rezerwa przyrody oraz muzea dawnych fortyfikacji. ![]() Po stronie hiszpańskiej znajduje się miasto La Linea de la Concepcion, a miasta te oddziela pas startowy gibraltarskiego lotniska. Co ciekawe, w poprzek lotniska prowadzi jedyna wjazdowa i wyjazdowa droga. Gdy ląduje lub startuje samolot szlabany zamykają drogę i nie można się wydostać z Gibraltaru. Tworzą się wtedy ogromne korki samochodów czekających na wyjazd i wyjazd z miasta. Generalnie na Gibraltarze uliczki są wąskie i kręte, nie ma gdzie parkować samochodów, więc najrozsądniejszym rozwiązaniem jest pozostawić auto w Hiszpanii i przejść granice pieszo. To ledwie kilkusetmetrowy spacer, bo zraz za granica jest przystanek autobusowy. Przy granicy jest też kiosk sprzedający bilety na atrakcje turystyczne (kolejka linowa, muzea, bilety autobusowe) ale UWAGA! Z dużą marżą! Znacznie lepiej jest kupić te bilety oddzielne we własnym zakresie już w Gibraltarze. Aż wstyd przyznać – my, starzy podróżnicy, daliśmy się w ten sposób naciąć :-) Na szczyt skały można wejść piechotą (co oczywiście sobie darowaliśmy z uwagi na upał sięgający 40 stopni), wjechać taksówką (za "skromną" opłatą) lub wjechać kolejką linową za kilka funtów. Na skale zorganizowana jest sieć ścieżek i punktów widokowych, więc jest to wspaniałe miejsce na spacer. Przy sprzyjającej pogodzie ze szczytu skały widać wybrzeże Afryki. Wrażenie jest niesamowite! ![]() Osobną kategorią mieszkańców Gibraltaru są małpy. Są one pod ochroną i nawet jest legenda, że tak długo jak małpy będą żyły na Gibraltarze to Brytyjczycy będą władać tym strategicznym portem. Małpy są dokarmiane oraz dokarmiają się samodzielnie kosztem turystów! Nie wolna trzymać w rękach żadnego jedzenia czy siatek foliowych, gdyż małpy bez cienia zażenowania wyrywają wszystko z rąk, przeszukują plecaki i torebki. Jest nawet takie powiedzenie, że na Gibraltarze rodzice kupują swoim dzieciom dwa lody – pierwszy jest błyskawicznie pochłaniany przez małpę, co wywołuje natychmiastowy płacz dziecko, wiec rodzice biegną szybko do sklepiku po drugiego loda dla swojej pociechy i bardzo uważnie strzegą go przed małpami! Małpy nawet próbują "na gapę" przejechać się kolejką linową! ![]() Przez cały dzień towarzyszył nam niewiarygodny upał – wieczorem, o godzinie 17:00 termometr wskazywał 37 stopni w cieniu! Byliśmy wykończenie po całodziennym zwiedzaniu Gibraltaru. To jednak nie był jeszcze koniec dnia – nasz plan był aby dojechać jeszcze do miasteczka Ronda w Andaluzji.
Sugerując się przewodnikiem udaliśmy się do kolejnego ładnego i zabytkowego miasteczka na wybrzeżu – Tavira. Urok miasteczka do nas nie trafił – niewiele jest tak ciekawego, z w żadnym stopniu nie może się równać do Lagos. Niewątpliwym atutem okolicy jest jednak Ilha de Tavira – wysepka, na którą można dostać się promem z portu w Tavira. Pozostawiliśmy więc nasz samochód na lądzie i uzbrojeni w namiot (ma wyspie właściwie poza kempingiem nie ma gdzie mieszkać – jest to rezerwat przyrody) popłynęliśmy na wyspę – prom płynie około 30min i kosztuje ok. 1,3 EUR za bilet powrotny. Można tez kupić bilet w jedna stronę. Ciekawe po co. Codziennie przypływa tam sporo turystów, ale wracają ostatnimi promami, więc wieczorem jest bardzo przyjemnie – długie, puste plaże… Na wyspie jest sporo małych restauracyjek, gdzie można zjeść owoce morza w bardzo atrakcyjnej cenie. Cały dzień spędziliśmy leniuchując – spacery na plaży, czytanie książek, zbierani muszli… Niestety woda była trochę za zimna dla nas na kąpiel :-( ![]()
Poza Lizboną, główne atrakcje turystyczne Portugali znajdują się na południowym wybrzeżu w prowincji Algarve. Jest to ciąg skalnych klifów i pięknych plaż. Na zachodnim krańcu znajduje się malowniczy półwysep Cabo de Sao Vincente. Ze wszystkich stron skaliste klify, a na jego końcu latarnia morska. ![]() Podróżując wzdłuż południowego wybrzeża Portugali dotarliśmy do miasteczka Lagos – jednego z centrów turystycznych wybrzeża. W okolicy znajdują się wspaniałe plaże, a miasto ma także spory port jachtowy. Miasto ma ponad 2000 lat historii a wsławiło się niestety także tym, że było centrum handlu niewolnikami. Pomimo tłumu turystów, Lagos jest całkiem przyjemnym miejscem, także ze względu na szeroki wybór restauracji. Trafiliśmy do jednej z mniej popularnych, znanych głównie wtajemniczonym. Lokal jest malutki i prowadzony przez rodzinę na parterze budynku. Kolejka klientów jest tak duża, że trzeba rezerwować wcześniej stoliki albo czekać do późnych godzin wieczornych aż goście zaczną wychodzić. Lokal – Casinha de Petisco - znajduje się na Rua da Oliviera (niedaleko Pubu Irlandzkiego) i serwuje najlepsze jedzenie, które udało nam się próbować w Portugalii. ![]() ![]() W odległości spacerowej od Lagos znajdują się dwie malutkie śliczne plaże - Praia d'Ana – najładniejsza, oraz położona nieco dalej Praia do Camilo. Obydwie ograniczone są skalistymi klifami. ![]() ![]() ![]() ![]() Na końcu malutkiego półwyspu znajduje się cypel Ponta da Piedade z pięknymi formacjami skalnymi i klifami. ![]() Kierując się dalej na wschód zatrzymaliśmy się na dużej, ładnej plaży Praia da Rocha położonej w miasteczku Portimao. Choć też wszędzie wokoło skaliste klify, to ta plaża jest długa i wręcz zachęca do spacerów wzdłuż morza. Najbardziej jednak nas urzekła Praia da Marinha (do której ciężko dotrzeć bez własnego samochodu). Najpiękniejsze widoki podziwiać można spacerując po klifach wokół tej plaży. ![]() Lunch z widokiem! ![]()
poniedziałek, 18 lipca 2011
Po kilu dniach pobytu w Lizbonie odebraliśmy z wypożyczalni samochód i ruszyliśmy zwiedzać kraj. A właściwie kraje, bo postanowiliśmy pojechać też do Hiszpanii (do Andaluzji) i na Gibraltar. Najlepsza ofertę wynajęcia samochodu znaleźliśmy w firmie Budget (nie pierwszy raz z resztą). Od samochodu wymagaliśmy dwóch rzeczy – żeby jeździł i miał klimę :-) Nasz biały VW Polo spełniał te warunki. Najpierw pojechaliśmy do Cabo da Roca czyli półwyspu wysuniętego najdalej na zachód w Europie. Jest to około 1,5 godziny jazdy od Lizbony. Na miejscu widoki przepiękne – fale rozbijające się o czerwone skaliste klify. ![]() Kierując się na południe zatrzymaliśmy się jeszcze w miejscowości Sintra, gdzie znajduje się ogród botaniczny i zamek wyglądający trochę jak z bajki. Pałac pochodzi jeszcze z czasów Mauretańskich, ale był w swej historii wielokrotnie przebudowywany i rozbudowywany. Sama Sintra to malutkie, zabytkowe miasteczko z wąskimi uliczkami, tłumem turystów oraz masa małych restauracyjek. W jednej z nich zatrzymaliśmy się na późny lunch. Tam też poznaliśmy podstawowy trick portugalskich restauratorów – ceny dań głównych są niskie (szczególnie gdy to jest Prato dia, czyli danie dnia), ale ceny przystawek (które pewnie wielu turystów bierze za darmowy poczęstunek) to źródło zyski. Nierzadko serek, bułka i pasztecik do niej kosztuje prawie tyle co główne danie! Oczywiście nie trzeba się częstować przystawką (wtedy kelner nie powinien doliczyć jej do rachunku) ale trochę to trudne – siedzieć głodnym nad pysznym serkiem i pachnąca bułką i nie skosztować :-) ![]() ![]() ![]() Ogród botaniczny nie jest zachwycający, raczej należy go nazwać ładnym parkiem. A zamek faktycznie bajkowy – na wzgórzu, kolorowo pomalowany i o udziwnionej architekturze. W sumie miejsce na miły spacer, a także ucieczkę przed upałami miasta gdyż zwykle jest tutaj chłodniej niż w Lizbonie. Nasza droga prowadziła dalej na południe. Pomknęliśmy autostradą omijając Lizbonę od Zachodu, a w miejscowości Setubal przeprawiliśmy się promem do leżącej na półwyspie Troia. Zaoszczędziło nam to trochę czasu, gdyż autostrada omija wielkim łukiem zatokę Baia de Setubal. Ponieważ zaczęło się już robić późno zatrzymaliśmy się na noc na kempingu Fontainas między miejscowościami Torroal i Melides. Kemping miał niewielu gości, gdyż sezon jeszcze się nie zaczął. Położony był w lesie przy pięknej plaży oddzielonej od lasu jedynie piaszczystym klifem. Plaża, ciągnąca się kilometrami na północ i południe, zupełnie pusta… Raj! Do snu kołysał nas szum fal. ![]() ![]() ![]() Następnego dnia, w drodze na południe zatrzymaliśmy się jeszcze w Lagos de Santo Andre (laguna, gdzie latem jest bardzo ciepła woda) oraz w Vila Nova de Milfontes, gdzie mieliśmy okazję spróbować typowego portugalskiego dania - ensalada do polvo - sałatka na zimno z obgotowanej ośmiornicy. Jak ktoś chce spróbować - proszę bardzo, tylko niech nie mówi, że nie ostrzegaliśmy!
Nasz kolejny urlop (maj 2009) był w Europie, choć zawsze mówiliśmy sobie, że Europę zostawimy na emeryturę. Trochę byliśmy źle nastawieni do tego pomysłu (a szczególnie Beata marudziła!), ale powód takiego wyboru był bardzo ważny: Weronika była w drodze! Postanowiliśmy więc, że pierwszy urlop z dzieckiem (w 4 miesiącu w brzuchu) będzie lightowy –bez długich lotów, w cywilizowanych rejonach Świata, spokojniej niż zwykle. Choć i tak Beata postawiła na swoim – musiałem spakować także namiot i obiecać, że przynajmniej czasem będziemy kempingować ;-) Udało nam się znaleźć bardzo atrakcyjne loty do Portugali. Promocja Lufthansy była świetna: Gdańsk – Lizbona za ok. 700 zł w dwie strony! Na miejscu zaplanowaliśmy kilka dni w mieście, a potem wypożyczonym samochodem objazd po okolicy (dalszej i bliższej). Lizbona nie jest zbyt dużym miastem, ale bardzo przyjemnym do zwiedzania i spokojnie można spędzić tam kilka dni. Zatrzymaliśmy się w hostelu Lisbon Old Town położonym na skraju dzielnicy Bairro Alto. Bardzo fajne miejsce do mieszkania, tyle tylko, że do hotelu jest pod górkę od przystanków środków komunikacji miejskiej :-) Właściwie w Lizbonie ciągle jest pod górkę, bo miasto leży na wzgórzach. Cechą charakterystyczna Lizbony są, obecne na większości zdjęć i pocztówek, stare żółte tramwaje, które zostały pozostawione na niektórych liniach. ![]() ![]() Komunikacja miejska w Lizbonie nie ogranicza się do tramwajów. Jest i metro, autobusy… ale są i bardziej egzotyczne pojazdy. Warto kupić całodzienny bilet na wszystkie środki transportu tak aby w pełni skorzystać z uroków miasta. Ponieważ miasto leży na wzgórzach, niektórych całkiem stromych, to komunikacja została dostosowana do warunków. Na wzgórze starego miasta prowadzi kolejka podobna do tej na Gubałówkę, choć niby wygląda jak zwykły tramwaj! ![]() ![]() Korzystając z biletu całodziennego, ze wzgórza w dzielnicy Chiado można także zjechać w dół … windą! Bilet jednorazowy na windę także można kupić, ale jest on dosyć drogi bo ponad 1 EUR. Swoją drogą, to była nasza pierwsza winda, za przejazd którą trzeba płacić :-) ![]() Stare miasto to dzielnica trochę zapuszczona, ale ta właśnie znajdują się małe restauracyjki i bary gdzie można posłuchać muzyki na żywo. My trafiliśmy do jednej z nich gdzie wieczorami przychodzą lokalne zespoły i śpiewają fado. Nasze zdziwienie było wieli, gdy okazało się że tego dnia śpiewali wyłącznie mężczyźni! Najładniejsze widoki są ze wzgórz w dzielnicy Alfama, gdzie znajduje się wiele punktów widokowych. Poza tym dzielnica to także labirynt wąskich i krętych uliczek. ![]() ![]()
piątek, 08 lipca 2011
Tak oto zakończyła się nasza podróż po Bliskim Wschodzie. Spędziliśmy tam 2 tygodnie, odwiedziliśmy 3 kraje, a właściwie 4 kraje wliczając Palestynę. Pomimo iż Egipt jest bardzo turystycznym krajem, jeżeli ktoś trzyma się z daleka od tych wielkich kurortów może spędzić tam na prawdę fajnie wakacje. Jest on także świetną bazą do zwiedzania także okolicznych krajów. A przede wszystkim Może Czerwone jest wspaniałym miejscem do nurkowania! |