|
|
środa, 10 sierpnia 2011
Portugalia oraz południowo-zachodnia Hiszpania to wspaniały rejon na wakacje. Piękne widoki, dobre jedzenie, rewelacyjny klima. Może jedynie momentami było z ciepło. :-) Latem może być jeszcze gorzej, więc warto być przygotowanym na upały!  Hiszpania, o dziwo, okazała się być odrobinę tańsza niż Portugalia. Ale ta druga ma piękniejsze wybrzeże, ze względu na urokliwe klify rozdzielające plaże. Oczywiście udało nam się zobaczyć tylko fragment tych dwóch krajów, co pewnie oznacza, że jeszcze tam wrócimy!
wtorek, 09 sierpnia 2011
Ostatnim naszym punktem w Portugalii była Evora – zabytkowe miasto na wschód od Lizbony. To małe miasteczko jest jednym z najstarszych w Portugalii ze sporą starówką, ruinami rzymskiej świątyni oraz duża katedrą. Miasto, według naszego przewodnika, jest tętniące życiem, także dzięki uniwersytetowi. Nasze pierwsze wrażenie było wręcz przeciwne – miasto było zupełnie puste! Ale jak się okazało wynikało to z panujących temperatur – fala silnych upałów, z temperaturami sięgającymi 40 stopni, przechodziło właśnie przez Portugalię. Po krótkim spacerze po starówce wróciliśmy więc na nasz kemping, a właściwie do kempingowego basenu :-) Dopiero wieczorem, gdy wybraliśmy się ponownie do miasta ulice zapełnione były ludźmi. Miasto jest faktycznie sympatyczne, zabytkowe, ale żeby od razu na listę dziedzictwa kultury UNESCO…?
Do Sewilli dotarliśmy po południu. Nasz nocleg był w dzielnicy Triana – bardzo blisko starówki, gdzie większość dróg jest zamknięta dla ruchu, po drugiej stronie rzeki Guadalquivir. Najważniejsze dla nas było, że parkowanie na ulicy było darmowe, trzeba było tylko znaleźć miejsce. Nie było to łatwe, ale się udało. Szybko zostawiliśmy bagaże w hotelu i ruszyliśmy na spacer po mieście. Mimo iż było już około 19:00 to nadal panował upał. Ty był przedsmak tego, co miało się dziać następnego dnia w południe!  W samym centrum znajduje się minaret La Girarda.   Starówka sieć uliczek pełnych sklepów, barów i restauracji. To co nam najbardziej się podobało to bary tapas – gdzie można napić się piwa czy wina i skosztować pysznych przekąsek. Jednym z najbardziej znanych miejsc jest bar Bodega (lub też Las Columnas). I to wcale nie turyście powodują tutaj wieczorny tłum tak duży, że całe skrzyżowanie uliczek jest zajęte! Tapas - czyli małe przekąski - to mogą być zarówno kanapeczki jak i bardziej wymyślne np. grillowane ośmiornice. Największa atrakcja było zamawianie wszystkiego po hiszpańsku, gdyż personel niekoniecznie znal angielski. Zamawialismy więc trochę w ciemno :-)  Najważniejsze obiekty Sewilli to podobno największa na świecie gotycka Katedra Najświętszej Maryi Panny oraz położony w samym centrum Pałac Alcazar. Przepiękne miejsce, które trzeba koniecznie odwiedzić!    Z powodu niesamowitego upału panującego w mieście (starszym ludziom nawet radzono nie wychodzić z domów) w południe schowaliśmy się ogrodach Pałacu.   Teren starego miast jest całkiem spory i można godzinami się po nim włóczyć. W mieście nie brakuje także pięknych skwerów.   Jest także pomnik Krzysztofa Kolumba, gdyż to właśnie z Hiszpanii wyruszył w wyprawę do, nieznanej wówczas w Europie, Ameryki.
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Droga Marbella – Ronda wiedzie przez góry strasznymi serpentynami. Trochę dłużej nam jej przejechanie zajęło niż sadziliśmy. Po drodze tylko postój w jednym z uroczych białych miasteczek Andaluzji.  Do Rondy dotarliśmy wieczorem o 21:30, ale jeszcze zdążyliśmy zrobić szybki wypad do miasta zobaczyć jak wygląda po zmroku. Wyglądała ślicznie, a i tam nie widzieliśmy jej najładniejszych części, gdyż kemping zamykali o 23 i musieliśmy zdążyć! Prawdziwe zwiedzanie miasta dopiero następnego dnia. W wielu przewodnikach (np. Lonely Planet) w ogóle o tym miasteczku nie piszą. A to błąd, bo to jedno z piękniejszych jakie widzieliśmy! Jest bardzo stare – znajduje się tam najstarsza arena do walk byków, zadbane i urocze. W starych kamienicach jest wiele luksusowych hoteli restauracji. Niełatwo znaleźć tani nocleg w mieście! Świetnie zachowały się mury obronne i niektóre bramy do miasta.  Starówka zachwycająca – pięknie odnowione i utrzymane budynki, drzewka pomarańczowe rosnące na skwerkach…  Główną atrakcja Rondy jest osiemnastowieczny most o wysokości 120 metrów łączący dwie skały na których przycupnęło miasteczko.    Bardzo ładny widok ukazujący wielkość mostu jest punktu poniżej miasteczka – przed wjazdem na starówkę wystarczy skręcić w lewo (jadąc od południa) i wąskimi uliczkami dojechać do granicy domów. W Rondzie spędziliśmy bardzo przyjemny dzień, ale po południu wyruszyliśmy do kolejnego punktu naszej trasy … Sewilli.
czwartek, 04 sierpnia 2011
Przemieszczając się wzdłuż wybrzeża nasza droga wiodła koło Gibraltaru – miasta o specjalnych prawach należącego do Wielkiej Brytanii. Jest to w pewnym stopniu raj podatkowy oraz strefa wolnocłowa, co przyciąga turystów (także na niby tanie zakupy) oraz milionerów poszukujących "optymalizacji podatkowej". Gibraltar to wielka skała wznosząca się wysoko (426 m. n.p.m.) ponad otaczające tereny w cieśninie zamykającej Morze Śródziemne. Znaczenie strategiczne tego rejonu jest ogromne stąd obecność Brytyjczyków tam od wieków. Miasto przytulone jest do skały, na której znajduje się rezerwa przyrody oraz muzea dawnych fortyfikacji.  Po stronie hiszpańskiej znajduje się miasto La Linea de la Concepcion, a miasta te oddziela pas startowy gibraltarskiego lotniska. Co ciekawe, w poprzek lotniska prowadzi jedyna wjazdowa i wyjazdowa droga. Gdy ląduje lub startuje samolot szlabany zamykają drogę i nie można się wydostać z Gibraltaru. Tworzą się wtedy ogromne korki samochodów czekających na wyjazd i wyjazd z miasta. Generalnie na Gibraltarze uliczki są wąskie i kręte, nie ma gdzie parkować samochodów, więc najrozsądniejszym rozwiązaniem jest pozostawić auto w Hiszpanii i przejść granice pieszo. To ledwie kilkusetmetrowy spacer, bo zraz za granica jest przystanek autobusowy. Przy granicy jest też kiosk sprzedający bilety na atrakcje turystyczne (kolejka linowa, muzea, bilety autobusowe) ale UWAGA! Z dużą marżą! Znacznie lepiej jest kupić te bilety oddzielne we własnym zakresie już w Gibraltarze. Aż wstyd przyznać – my, starzy podróżnicy, daliśmy się w ten sposób naciąć :-) Na szczyt skały można wejść piechotą (co oczywiście sobie darowaliśmy z uwagi na upał sięgający 40 stopni), wjechać taksówką (za "skromną" opłatą) lub wjechać kolejką linową za kilka funtów. Na skale zorganizowana jest sieć ścieżek i punktów widokowych, więc jest to wspaniałe miejsce na spacer. Przy sprzyjającej pogodzie ze szczytu skały widać wybrzeże Afryki. Wrażenie jest niesamowite!  Osobną kategorią mieszkańców Gibraltaru są małpy. Są one pod ochroną i nawet jest legenda, że tak długo jak małpy będą żyły na Gibraltarze to Brytyjczycy będą władać tym strategicznym portem. Małpy są dokarmiane oraz dokarmiają się samodzielnie kosztem turystów! Nie wolna trzymać w rękach żadnego jedzenia czy siatek foliowych, gdyż małpy bez cienia zażenowania wyrywają wszystko z rąk, przeszukują plecaki i torebki. Jest nawet takie powiedzenie, że na Gibraltarze rodzice kupują swoim dzieciom dwa lody – pierwszy jest błyskawicznie pochłaniany przez małpę, co wywołuje natychmiastowy płacz dziecko, wiec rodzice biegną szybko do sklepiku po drugiego loda dla swojej pociechy i bardzo uważnie strzegą go przed małpami! Małpy nawet próbują "na gapę" przejechać się kolejką linową!  Przez cały dzień towarzyszył nam niewiarygodny upał – wieczorem, o godzinie 17:00 termometr wskazywał 37 stopni w cieniu! Byliśmy wykończenie po całodziennym zwiedzaniu Gibraltaru. To jednak nie był jeszcze koniec dnia – nasz plan był aby dojechać jeszcze do miasteczka Ronda w Andaluzji.
Sugerując się przewodnikiem udaliśmy się do kolejnego ładnego i zabytkowego miasteczka na wybrzeżu – Tavira. Urok miasteczka do nas nie trafił – niewiele jest tak ciekawego, z w żadnym stopniu nie może się równać do Lagos. Niewątpliwym atutem okolicy jest jednak Ilha de Tavira – wysepka, na którą można dostać się promem z portu w Tavira. Pozostawiliśmy więc nasz samochód na lądzie i uzbrojeni w namiot (ma wyspie właściwie poza kempingiem nie ma gdzie mieszkać – jest to rezerwat przyrody) popłynęliśmy na wyspę – prom płynie około 30min i kosztuje ok. 1,3 EUR za bilet powrotny. Można tez kupić bilet w jedna stronę. Ciekawe po co. Codziennie przypływa tam sporo turystów, ale wracają ostatnimi promami, więc wieczorem jest bardzo przyjemnie – długie, puste plaże… Na wyspie jest sporo małych restauracyjek, gdzie można zjeść owoce morza w bardzo atrakcyjnej cenie. Cały dzień spędziliśmy leniuchując – spacery na plaży, czytanie książek, zbierani muszli… Niestety woda była trochę za zimna dla nas na kąpiel :-(
Poza Lizboną, główne atrakcje turystyczne Portugali znajdują się na południowym wybrzeżu w prowincji Algarve. Jest to ciąg skalnych klifów i pięknych plaż. Na zachodnim krańcu znajduje się malowniczy półwysep Cabo de Sao Vincente. Ze wszystkich stron skaliste klify, a na jego końcu latarnia morska.  Podróżując wzdłuż południowego wybrzeża Portugali dotarliśmy do miasteczka Lagos – jednego z centrów turystycznych wybrzeża. W okolicy znajdują się wspaniałe plaże, a miasto ma także spory port jachtowy. Miasto ma ponad 2000 lat historii a wsławiło się niestety także tym, że było centrum handlu niewolnikami. Pomimo tłumu turystów, Lagos jest całkiem przyjemnym miejscem, także ze względu na szeroki wybór restauracji. Trafiliśmy do jednej z mniej popularnych, znanych głównie wtajemniczonym. Lokal jest malutki i prowadzony przez rodzinę na parterze budynku. Kolejka klientów jest tak duża, że trzeba rezerwować wcześniej stoliki albo czekać do późnych godzin wieczornych aż goście zaczną wychodzić. Lokal – Casinha de Petisco - znajduje się na Rua da Oliviera (niedaleko Pubu Irlandzkiego) i serwuje najlepsze jedzenie, które udało nam się próbować w Portugalii.   W odległości spacerowej od Lagos znajdują się dwie malutkie śliczne plaże - Praia d'Ana – najładniejsza, oraz położona nieco dalej Praia do Camilo. Obydwie ograniczone są skalistymi klifami.     Na końcu malutkiego półwyspu znajduje się cypel Ponta da Piedade z pięknymi formacjami skalnymi i klifami.  Kierując się dalej na wschód zatrzymaliśmy się na dużej, ładnej plaży Praia da Rocha położonej w miasteczku Portimao. Choć też wszędzie wokoło skaliste klify, to ta plaża jest długa i wręcz zachęca do spacerów wzdłuż morza. Najbardziej jednak nas urzekła Praia da Marinha (do której ciężko dotrzeć bez własnego samochodu). Najpiękniejsze widoki podziwiać można spacerując po klifach wokół tej plaży.  Lunch z widokiem!
poniedziałek, 18 lipca 2011
Po kilu dniach pobytu w Lizbonie odebraliśmy z wypożyczalni samochód i ruszyliśmy zwiedzać kraj. A właściwie kraje, bo postanowiliśmy pojechać też do Hiszpanii (do Andaluzji) i na Gibraltar. Najlepsza ofertę wynajęcia samochodu znaleźliśmy w firmie Budget (nie pierwszy raz z resztą). Od samochodu wymagaliśmy dwóch rzeczy – żeby jeździł i miał klimę :-) Nasz biały VW Polo spełniał te warunki. Najpierw pojechaliśmy do Cabo da Roca czyli półwyspu wysuniętego najdalej na zachód w Europie. Jest to około 1,5 godziny jazdy od Lizbony. Na miejscu widoki przepiękne – fale rozbijające się o czerwone skaliste klify.  Kierując się na południe zatrzymaliśmy się jeszcze w miejscowości Sintra, gdzie znajduje się ogród botaniczny i zamek wyglądający trochę jak z bajki. Pałac pochodzi jeszcze z czasów Mauretańskich, ale był w swej historii wielokrotnie przebudowywany i rozbudowywany. Sama Sintra to malutkie, zabytkowe miasteczko z wąskimi uliczkami, tłumem turystów oraz masa małych restauracyjek. W jednej z nich zatrzymaliśmy się na późny lunch. Tam też poznaliśmy podstawowy trick portugalskich restauratorów – ceny dań głównych są niskie (szczególnie gdy to jest Prato dia, czyli danie dnia), ale ceny przystawek (które pewnie wielu turystów bierze za darmowy poczęstunek) to źródło zyski. Nierzadko serek, bułka i pasztecik do niej kosztuje prawie tyle co główne danie! Oczywiście nie trzeba się częstować przystawką (wtedy kelner nie powinien doliczyć jej do rachunku) ale trochę to trudne – siedzieć głodnym nad pysznym serkiem i pachnąca bułką i nie skosztować :-)    Ogród botaniczny nie jest zachwycający, raczej należy go nazwać ładnym parkiem. A zamek faktycznie bajkowy – na wzgórzu, kolorowo pomalowany i o udziwnionej architekturze. W sumie miejsce na miły spacer, a także ucieczkę przed upałami miasta gdyż zwykle jest tutaj chłodniej niż w Lizbonie. Nasza droga prowadziła dalej na południe. Pomknęliśmy autostradą omijając Lizbonę od Zachodu, a w miejscowości Setubal przeprawiliśmy się promem do leżącej na półwyspie Troia. Zaoszczędziło nam to trochę czasu, gdyż autostrada omija wielkim łukiem zatokę Baia de Setubal. Ponieważ zaczęło się już robić późno zatrzymaliśmy się na noc na kempingu Fontainas między miejscowościami Torroal i Melides. Kemping miał niewielu gości, gdyż sezon jeszcze się nie zaczął. Położony był w lesie przy pięknej plaży oddzielonej od lasu jedynie piaszczystym klifem. Plaża, ciągnąca się kilometrami na północ i południe, zupełnie pusta… Raj! Do snu kołysał nas szum fal.    Następnego dnia, w drodze na południe zatrzymaliśmy się jeszcze w Lagos de Santo Andre (laguna, gdzie latem jest bardzo ciepła woda) oraz w Vila Nova de Milfontes, gdzie mieliśmy okazję spróbować typowego portugalskiego dania - ensalada do polvo - sałatka na zimno z obgotowanej ośmiornicy. Jak ktoś chce spróbować - proszę bardzo, tylko niech nie mówi, że nie ostrzegaliśmy!
Nasz kolejny urlop (maj 2009) był w Europie, choć zawsze mówiliśmy sobie, że Europę zostawimy na emeryturę. Trochę byliśmy źle nastawieni do tego pomysłu (a szczególnie Beata marudziła!), ale powód takiego wyboru był bardzo ważny: Weronika była w drodze! Postanowiliśmy więc, że pierwszy urlop z dzieckiem (w 4 miesiącu w brzuchu) będzie lightowy –bez długich lotów, w cywilizowanych rejonach Świata, spokojniej niż zwykle. Choć i tak Beata postawiła na swoim – musiałem spakować także namiot i obiecać, że przynajmniej czasem będziemy kempingować ;-) Udało nam się znaleźć bardzo atrakcyjne loty do Portugali. Promocja Lufthansy była świetna: Gdańsk – Lizbona za ok. 700 zł w dwie strony! Na miejscu zaplanowaliśmy kilka dni w mieście, a potem wypożyczonym samochodem objazd po okolicy (dalszej i bliższej). Lizbona nie jest zbyt dużym miastem, ale bardzo przyjemnym do zwiedzania i spokojnie można spędzić tam kilka dni. Zatrzymaliśmy się w hostelu Lisbon Old Town położonym na skraju dzielnicy Bairro Alto. Bardzo fajne miejsce do mieszkania, tyle tylko, że do hotelu jest pod górkę od przystanków środków komunikacji miejskiej :-) Właściwie w Lizbonie ciągle jest pod górkę, bo miasto leży na wzgórzach. Cechą charakterystyczna Lizbony są, obecne na większości zdjęć i pocztówek, stare żółte tramwaje, które zostały pozostawione na niektórych liniach.   Komunikacja miejska w Lizbonie nie ogranicza się do tramwajów. Jest i metro, autobusy… ale są i bardziej egzotyczne pojazdy. Warto kupić całodzienny bilet na wszystkie środki transportu tak aby w pełni skorzystać z uroków miasta. Ponieważ miasto leży na wzgórzach, niektórych całkiem stromych, to komunikacja została dostosowana do warunków. Na wzgórze starego miasta prowadzi kolejka podobna do tej na Gubałówkę, choć niby wygląda jak zwykły tramwaj!   Korzystając z biletu całodziennego, ze wzgórza w dzielnicy Chiado można także zjechać w dół … windą! Bilet jednorazowy na windę także można kupić, ale jest on dosyć drogi bo ponad 1 EUR. Swoją drogą, to była nasza pierwsza winda, za przejazd którą trzeba płacić :-)  Stare miasto to dzielnica trochę zapuszczona, ale ta właśnie znajdują się małe restauracyjki i bary gdzie można posłuchać muzyki na żywo. My trafiliśmy do jednej z nich gdzie wieczorami przychodzą lokalne zespoły i śpiewają fado. Nasze zdziwienie było wieli, gdy okazało się że tego dnia śpiewali wyłącznie mężczyźni! Najładniejsze widoki są ze wzgórz w dzielnicy Alfama, gdzie znajduje się wiele punktów widokowych. Poza tym dzielnica to także labirynt wąskich i krętych uliczek. 
piątek, 08 lipca 2011
Tak oto zakończyła się nasza podróż po Bliskim Wschodzie. Spędziliśmy tam 2 tygodnie, odwiedziliśmy 3 kraje, a właściwie 4 kraje wliczając Palestynę.  Pomimo iż Egipt jest bardzo turystycznym krajem, jeżeli ktoś trzyma się z daleka od tych wielkich kurortów może spędzić tam na prawdę fajnie wakacje. Jest on także świetną bazą do zwiedzania także okolicznych krajów. A przede wszystkim Może Czerwone jest wspaniałym miejscem do nurkowania!
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Czas naszego pobytu w Jerozolimie dobiegł końca i musieliśmy wrócić do Egiptu, skąd mieliśmy samolot do Polski. Po drodze jeszcze postanowiliśmy zatrzymać się na kilka godzin gdzieś nad Morzem Martwym żeby samemu sprawdzić czy jest takie słone jak mówią i czy faktycznie tak łatwo w nim pływać. Mieliśmy trudności aby znaleźć miejscowość, gdzie jest ogólnodostępna plaża z odpowiednia infrastrukturą. Nasz wybór padł na Ein Gedi, który ostatecznie okazał się wcale nie najlepszym miejscem, ze względu na fale i brak ładnej plaży. Ein Gedi to mała oaza otoczona pustynia i skałami.  Jest tam infrastruktura – toalety, prysznice, sklepik, ratownik, parking, ale ponieważ nie był to sezon ani weekend było prawie zupełnie pusto. Na brzegu Morza Martwego znajdują się ławeczki i palmy dające cień. Ale wiatr tworzył całkiem spore fale a kamieniste wejście do wody nie sprzyjało długim kąpielom. Ale sprawdziliśmy, że woda faktycznie jest słona (Tomek nawet się jej napił i nalał sobie jej do oczu) i nieźle utrzymuje na wodzie.  Jadąc już dalej autobusem widzieliśmy znacznie przyjemniejsze miejsce do kąpieli, gdyż była to osłonięta od fal zatoka z piaszczystą plażą. Znajdowało się tam kilka hoteli, a miejscowość nazywała się Ein Bokek.
Poza Jerozolimą (i Izraelem – obecnie na terenie Autonomii Palestyńskiej) znajduje się Betlejem, czyli miejsce gdzie urodził się Jezus z Nazaretu. W miejscu groty urodzenia znajduje się teraz bazylika. Aby dostać się do Betlejem trzeba dojechać autobusem do granicy, czyli muru zbudowanego w ostatnich latach przez Izrael. Jest to betonowa konstrukcja, wysoka na kilka metrów, z pancernymi wieżyczkami strażników. Sami przejście graniczne to kuloodporne szyby, bramki i pełno wojska. Wszystko wygląda tak solidnie, że ciężko byłoby nawet dobrze uzbrojonym żołnierzom sforsować te zabezpieczenia. Oczywiście żadnych zdjęć nie mamy, gdyż fotografowanie nie jest wskazane a z żołnierzami woleliśmy nie zaczynać. Po drugiej stronie zupełnie inny klimat – rejon widocznie biedniejszy, dużo gorsza infrastruktura, starsze autobusy, uboższe sklepy, mniej zadbane budynki. Bazyli Bożego Narodzenia z zewnątrz wcale nie wygląda jak typowy kościół. Budynek tak jakby pozlepiany z kilku.  A najdziwniejsze są drzwi – niska, wąska dziura w ścianie!  Ale oczywiście turystów bardzo dużo i trzeba czekać w długiej kolejce aby dostać się do groty (znajdującej się pod ołtarzem).   Naokoło bazyliki klimaty trochę arabskiego typu – małe restauracyjki, gwarne ulice i kierowcy ignorujący wszelkie zasady ruchu drogowego :-) W wąskiej uliczce, gdzie od razu widać, że dwa samochody się nie zmieszczą, widzieliśmy jak dwaj uparci kierowcy próbowali. Jeden drugiemu nie ustąpi, więc się zaklinowali! Trzeba było podnieść jeden z samochodów, żeby odblokować drugi!  W Betlejem byliśmy także na najlepszym kebabie, gdzie ucięliśmy sobie przemiła pogawędkę z właścicielami i klientami restauracyjki. Bardzo sympatyczni i otwarci ludzie ci Palestyńczycy!
środa, 22 czerwca 2011
Zupełnie nieświadomi tego, do Jerozolimy trafiliśmy w piątek. Po południu zauważyliśmy wielu ortodoksyjnych Żydów zmierzających w jakimś kierunku. Postanowiliśmy iść za nimi, żeby sprawdzić co się dzieje (a wystarczyło przeczytać przewodnik…).  Oczywiście wszyscy spieszyli na modły pod Ścianę Płaczu. Widok ten był niewiarogodny – tysiące ludzi w tradycyjnych strojach, zaczytani w Torę, modlący się, śpiewający a nawet tańczący na rozpoczęcie Szabasu. Ściana Płaczu w normalny dzień nie robi nawet w połowie takiego wrażenia! Ponieważ piątkowa modlitwa przy Ścianie Płaczu jest dla Żydów bardzo ważna, obowiązują specjalne zasady: nie należy podchodzić do Ściany, nie należy robić zdjęć. Generalnie turyście nie są mile widziani wtedy w tej okolicy – słyszeliśmy od kilku osób, w mniej lub bardziej grzecznych słowach, że to nie jest miejsce dla nas.  Wróciliśmy pod ścianę płaczu innego dnia, aby z bliska przyjrzeć się temu miejscu. Jest to resztka świątyni, a właściwie jedynie muru oporowego Świątyni Salomona. Jest to miejsce modlitw, a w szczeliny w ścianie umieszcza się karteczki z prośbami do Boga. Teren ten jest podzielny na część męską i żeńską, co było dla nas zaskoczeniem, gdyż sądziliśmy, że takie podziały to tylko w Islamie.   W dzielnicy chrześcijańskiej znajduje się Bazylika Grobu Pańskiego, która przyciąga wszystkich pielgrzymów i turystów odwiedzających Jerozolimę. W środku Bazyliki znajduje się malutka kaplica z miejscem, gdzie podobno pochowany został Jezus, Golgota, czyli miejsce gdzie został ukrzyżowany oraz ostatnie pięć stacji drogi krzyżowej. Tłum ludzi jest tak wielki, że długo trzeba czekać w kolejce do wejścia strzeżonego przez rosłego zakonnika kościoła ortodoksyjnego, który nie tylko pilnuje porządku ale także pogania pielgrzymów. Inaczej pewnie kolejka byłaby jeszcze dłuższa. Aby uniknąć konfliktów pomiędzy poszczególnymi kościołami chrześcijańskimi, różne odłamy opiekują się różnymi kaplicami Bazyliki. A klucze do drzwi mają … muzułmanie! Za pierwszym podejściem kolejka była tak długa, że zrezygnowaliśmy. Wróciliśmy do Bazyliki wieczorem, tuż przed zamknięciem i dopero wtedy ludzi było mniej i udało nam się wejść do Kaplicy Grobu.   Poza murami starej Jerozolimy są także ciekawe miejsca do zobaczenia. Przede wszystkim Góra Oliwna na której znajduje się gaj oliwny, w którym zdradzony i pojmany został Jezus. Ze wzgórza tego roztacza się wspaniały widok na Stare Miasto ze złotą Kopułą na Skale – miejscem skąd Mahomet miał dostąpić wniebowstąpienia.    Gaj Oliwny - Getsemani. Nasz kolejny kierunek to była ortodoksyjna dzielnica żydowska, gdzie dosyć ściśle przestrzegane są zasady religijne i tradycja. Będąc w pobliżu od razu widać zagęszczenie panów w kapeluszach i płaszczach noszących w rękach Świętą Księgę. Podobno zakaz pracy w szabas oznacza brak oświetlenia na ulicy (bo kto miał by te latarnie włączać?), windy zatrzymujące się na wszystkich piętrach (żeby nie trzeba było wykonywać pracy naciśnięcia przycisku). To jest także rejon gdzie nie są mile widziani turyści. Na granicy tej dzielnicy witają nas takie tablice:  Zdarzają się ataki słowne na turystów, także rzucanie kamieniami i inne agresywne zachowania. Dlatego raczej nie wchodziliśmy w głąb dzielnicy a raczej krążyliśmy na obrzeżach. Dzielnica jest dziwna – wąskie uliczki, stare domy… wszystko sprawia wrażenie takiego biednego, zaniedbanego, gdzieś na uboczu normalnego świata. Aby nie wzbudzać zbyt wiele negatywnych emocji postanowiliśmy się nie za bardzo rzucać w oczy. Przewodnik radzi aby nie chodzić w większych grupach i starać się nie odróżniać zbytnio od luzi na ulicach – nasza trójka brzmi OK. Dołączył się do nas jeszcze poznany Amerykanin (azjatyckiego pochodzenia). OK., 4 osoby to nadal nie tak źle. Tuż przed wycieczką jeszcze poprosił abyśmy zabrali jeszcze 3 jego koleżanki – Japonki. Super! Teraz to już na pewno wmieszamy się w tłum i nikt się nie zorientuje, że jesteśmy turystami! Musieliśmy być odpowiednio ubrani – zakryte nogi i ramiona, nakrycia głów u dziewczyn. Ostatecznie wyglądaliśmy super komicznie! :-)
piątek, 06 maja 2011
Okolice na zewnątrz bramy Damasceńskiej to dzielnica
muzułmańska: bardziej gwarna, bardziej bałaganiarska. Jest popularna wśród
back-packer’sów ze względu na niższe ceny hosteli, tanich knajpek, ryneczek i
małe sklepiki. Choć i tak Jerozolima jest szokiem cenowym po Jordanii i
Egipcie. Ceny produktów spożywczych są nawet wyższe niż w Europie, co było dla
nas szokiem. Hostel był OK. wg standardów arabskich (nie żebyśmy byli
uprzedzeni – po prostu ich standardy są inne i inne jest rozumienie słowa „czysto”).
Ponieważ byliśmy w 4 osobowej grupie, to udało nam się wynegocjować bardzo
dobrą cenę, choć zajęło to ze 20 minut.

Brama Damesceńska
Jerozolima to istny tygiel religijno-kulturowy. To święte
miasto dla Żydów – tutaj rządził Królestwem Izraela król Dawi, tutaj stała
Świątynia Salomona (miejsce przechowywania arki przymierza, zniszczona ponad
2.500 tys. lat temu), tutaj teraz znajduje się Ściana Płaczu. To także święte miasto
dla Chrześcijan – tutaj ukrzyżowano i pochowano Chrystusa. Muzułmanie czczą Jerozolimę – Wzgórze Świątynne
to trzecie najświętsze miejsce islamu po Mekce i Medynie. Na ulicy spotyka się
ortodoksyjnych Żydów idących obok muzułmanów s tradycyjnych strojach i
chrześcijan niosących krzyż i idących trasa Drogi Krzyżowej. Szkoda tylko, że spokój
i bezpieczeństwo utrzymywany jest tylko dzięki ogromnej ilości wojska i policji
na ulicach… Idąc ulicami Jerozolimy można się czuć jak w Bagdadzie –
karabiny wszędzie wokoło.


Za mundurem panny sznurem! To zdjęcie nie jest przypadkowe, dziewczyny chciały się sfotografować z zołnierzami!
Stare miasto Jerozolimy jest otoczone świetnie zachowanym murem
obronnym. Wnętrze starówki to labirynt wąskich uliczek (ogromna większość jest
nieprzejezdna samochodem). Starówka dzieli się na 4 dzielnice: chrześcijańską,
muzułmańską, ormiańską oraz żydowską. Każda dzielnica jest inna od pozostałych np.
muzułmańska to jeden wielki rynek a ormiańska jest cicha i najbardziej
elegancka.

Uliczka w Dzielnicy Muzułmańskiej

Jedna z naszych jadłodajni.
Jak tylko zostawiliśmy bagaże w hotelu, ruszyliśmy zwiedzać
miasto. Bill musiał pojechać na dworzec autobusowy kupić sobie bilet powrotny
(musiał szybciej niż my wrócić do Egiptu), my mieliśmy w tym czasie zacząć
eksplorację starej części Jerozolimy. Umówiliśmy się przy bramie Jafskiej o każdej
pełnej godzinie. Oczywiście nie poszło gładko – Bill nie pamiętał, która to
jest brama Jafska, miał tylko nasz przewodnik po polsku, którego nie rozumiał.
A my czekaliśmy i czekaliśmy… Ale i tak ostatecznie udało się spotkać.. przez
przypadek :-) Idąc ulicą po prostu na siebie wpadliśmy!!!
Stolica
Jordanii nie ma specjalnych atrakcji turystycznych, ale jest koniecznym węzłem
przesiadkowym. Pokręciliśmy się trochę po mieście, zrobiliśmy zakupy - głównie
owocowe:-) i ruszyliśmy dalej w kierunku Jerozolimy. Przejście graniczne w
okolicy Ammanu to Most Króla Husajna (Allenby Bridge), które jest najbardziej
strzeżoną granica jaką do tej pory widzieliśmy. Często przejście jest zamykane,
a teren wokoło wygląda jak linia frontu w czasie zawieszenia broni. Wyjazd z
Jordanii jest prosty, czego nie można powiedzieć o wjeździe do Izraela –
kontrola bezpieczeństwa jest ostrzejsza niż na jakimkolwiek chyba lotnisku:
każda sztuka bagażu oddawana jest w specjalnym punkcie, gdzie później jest
kontrolowana i prześwietlana, paszporty sprawdzane są wielokrotnie, każda osoba
przechodzi przez bramkę obwąchującą w poszukiwaniu materiałów wybuchowych. Nie
ma się podziwić, Izrael bardzo boi się zamachów terrorystycznych, a zapewne
Jordania jest jednym z kanałów przerzutu materiałów wybuchowych, broni i
terrorystów. Nie obeszło się bez przygód
także w naszym przypadku. Najpierw Bill wzbudził zainteresowanie, gdy
powiedział, że mieszka w Sudanie - kraj ten jest na czarnej liście
wspierających terrorystów i nawet amerykański paszport niewiele pomaga –
zostaliśmy wszyscy dokładnie przepytani skąd się znamy, skąd i dokąd jedziemy,
gdzie mamy zarezerwowany hotel. Po konsultacjach telefonicznych z przełożonym,
strażniczka wpuściła nas jednak do Izraela. Później nagle wybuchło jakieś
zamieszanie i zanim wyjaśniło się co się dzieje, ze wszystkich stron wybiegli,
uzbrojeni w gotową do użycia broń długą, żołnierze Izraelscy żeby zapanować na
tłumem. Wszystko wyglądało groźnie, ale okazało się, że nie chodzi o próbę
zamachu – po prostu jakiś starszy pan słabo się poczuł i upadł na ziemię. A
koniec jeszcze potem pojawił się problem z bagażem Tomka – gdzieś się zapodział.
Okazało się, że spadł z taśmy bagażowej (mają takie same jak na lotniskach) i
leży na ziemi zapleczu (było go widać przez uchylone drzwi). Po tych wszystkich
perturbacjach (i około 2 godzinach) byliśmy po drugiej stronie. Jeszcze tylko
minibus do Jerozolimy. Przed samym miastem jeszcze jedna kontrola na granicy
Autonomii Palestyńskiej i właściwym terytorium Izraela – każdy samochód jest
sprawdzany. Do naszego busa weszła młoda żołnierka z karabinem i sprawdziła nam
wszystkim paszporty. Na szczęście obyło się bez kontroli bagażu. Chwilę później
byliśmy już przy bramie Damasceńskiej, przy której był nasz hostel.
|