RSS
piątek, 10 kwietnia 2015

Ostatnie chwile na Sycylii to Trapani, gdzie spędziliśmy ostatni dzień (była to niedziela) przed odlotem do Polski. Mieszkaliśmy w apartamencie La Mattanza, który mieścił się w odnowionej kamienicy w centrum miasta. Apartament jest bardzo ładny – duży i ładnie urządzony.

 

Sądziliśmy, że to będzie tylko takie przeczekanie do porannego samolotu. Okazało się, że miasteczko jest bardzo urodziwe. Położone jest na cyplu, otoczone wysokim murem i zupełnie wymarłe - na ulicach prawie nikogo nie było, a lokale pozamykane. Ale tylko do 18:00 – wtedy, jakby na sygnał, nagle tysiące ludzi wyszło na ulice a wszystkie restauracje się pootwierały! Tłum był taki, że aż ciężko było przejść i miasto nagle nabrało dodatkowego kolorytu! Aż nie chciało się wracać do hotelu! Niestety dzieciaki były coraz bardziej zmęczone, a nas czekała pobudka rano, bo samolot był wcześnie.

Po przylocie do Polski jeszcze czekała nas przejażdżka samochodem do Gdańska z jednym dzieckiem z choroba lokomocyjną i drugim, które nienawidzi pasów bezpieczeństwa. Ale jakoś się udało :-)

Podsumowując – wycieczka na Sycylię była bardzo udana. Trafiliśmy znakomitą, iście letnią pogodę. Miłe towarzystwo dla nas i dla dzieciaków to także bardzo ważny element na wakacjach. A Sycylia jest piękna, jedzenie dobre, a kawa zniewalająca!

13:23, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »

Dalsze nasze kroki wiodły do Palermo. Ostrzegano nas przed szalonym ruchem drogowym i jeszcze bardziej szalonymi kierowcami. Nie było wcale tak źle, ale to może kwestia doświadczeń. Jak przeżyliśmy jazdę skuterkiem po Wietnamie czy Indonezji to mało potrafi nas wzruszyć.

W Palermo mieszkaliśmy w pensjonacie Nuovo Cortile Palermo Bed and Breakfast, który jest w dość dobrej lokalizacji, a właściciele są bardzo pomocni i mili.

Niestety Palermo to miasto mieszane – z jednej strony ma piękne zabytki i place, z drugiej strony brudno, odrapane mury, wysokie krawężniki będące wyzwaniem dla wózka dziecięcego i szemrane dzielnice (jak okolice między Kościołem św. Dominika a basenem jachtowym). Poza tym duże i hałaśliwe miasto, połączone z upałem nie podobało się dzieciakom.

 

 

Ponieważ pogoda była wspaniała, jeden dzień spędziliśmy na plaży w Mondello (które jest właściwie dzielnica Palermo i dojeżdża tam autobus miejski w 20 minut). Plaża i miejscowość okazały się wspaniałe. Piękny piaseczek, turkusowe morze, szeroki wybór restauracji i restauracyjek – czegóż trzeba więcej? Znacznie lepiej tam spędzić ostatnie chwile na Sycylii niż w centrum Palermo.

13:20, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 kwietnia 2015

Po kilku dniach w San Vito, przemieściliśmy się do Cefalu. Trasa zajmuje około 2,5 godziny. Pierwsze 45 minut to droga przez góry – sporo serpentyn i wąskie drogi. Potem już autostradą. Wtedy okazało się, że jednak w naszym aucie klimatyzacja nie działa (mieliśmy wcześniej podejrzenia, ale w sumie jej nie potrzebowaliśmy). Tego dnia było ponad 35 stopni, w Fiacie Panda z czterema osobami i oknami zamkniętymi (na autostradzie zbyt wiało aby otworzyć okna) temperatura była piekielna. Dzieci spały, Beata ledwo dyszała. Ponieważ tuż przed Palermo obudził się Dominik zjechaliśmy do jakiegoś centrum handlowego na postój, posiłek i schłodzenie się w klimatyzowanym pomieszczeniu. Ostatecznie udało nam się dojechać do Cefalu, pomimo jeszcze dodatkowych kłopotów z nawigacją – miasto jest zabytkowe, na zboczu góry, uliczki super wąskie i długo błądziliśmy.

Nocleg mieliśmy zarezerwowany w apartamencie Le Case Del Girasole w samym centrum Starówki. Pod hotelem tylko wypakowanie bagaży, i trzeba był przestawić samochód, bo w centrum nie wolno parkować. Darmowy parking jest przy stacji kolejowej oraz przy porcie – spacerem około 15 minut od centrum.

Cefalu jest pięknym, zabytkowym miasteczkiem, z uroczymi wąskimi uliczkami, placem z katedrą i plażami. Z tarasu hotelowego mieliśmy widok na morze, bo kamieniczka stała w ostatnim rzędzie przy samym brzegu.

W Cefalu spędziliśmy kilka leniwych dni, bo właściwie tylko błąkaliśmy się po uliczkach, szukając ciekawych restauracyjek, a dzieciaki biegały bądź po plaży, bądź po placu katedralnym. Nad miastem góruje wzgórze z murami obronnymi – podobno jest stamtąd niesamowity widok na miasto i wybrzeże. Teraz żałujemy, że nie wybraliśmy się tam (ale z dzieciakami to ciężka sprawa, bo wejście jest dość strome i zajmuje około 45 minut).

Po długich negocjacjach z wypożyczalnią samochodów, udało się uzgodnić naprawę (a właściwie napełnienie tylko) klimatyzacji. W dalsza drogę więc mogliśmy ruszyć luksusowo ( na ile Fiat Panda w ogóle na to pozwala).

20:50, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »

Ciemna i zimna jesień zbliżała się do Polski, więc szukaliśmy możliwości ucieczki przed nią. Postanowiliśmy dołączyć się do wycieczki rodziny i znajomych na Sycylię. Lot, jakżeby inaczej, Ryanair (trasa Modlin – Warszawa). Pierwotnie rozważaliśmy wyjazd pod warunkiem, że lot z Gdańska, ale wybór był niewielki. Do Modlina to tylko ok 3 godzin samochodem – jak na wycieczkę z jednym dzieckiem z chorobą lokomocyjną i drugim z nienawiścią do pasów bezpieczeństwa – nic szczególnego :-) Jakoś przecież dojedziemy do lotniska oraz na Sycylii z lotniska do San Vito lo Capo (dodatkowe 1,5 godziny w samochodzie).

 

No, jakoś dojechaliśmy – przymusowe postoje, dzikie awantury Dominika w samochodzie, Lokomotiv dla Weroniki i wspinanie się na wyżyny kreatywności w zabawianiu maluchów przez Beatę. Na lotnisku w Trapani poszło już łatwo – szybkie wynajęcie samochodu o 21:00 i w dalszą drogę już z dzieciakami śpiącymi (no prawie, dziury i wyjątkowe zawieszenie Fiata Pandy obudziło Dominika, ale jakoś udało się go ululać z powrotem).

Ponieważ Ryanair stał się linią przyjazną rodziną z dziećmi jechaliśmy „na wypasie”. W cenie biletu dla dziecka i niemowlaka można przewieźć wózek i fotelik samochodowy bez żadnej dopłaty. Nasz bagaż więc prezentował się okazale – duża torba, plecak, pełnowymiarowy wózek dla Dominika, dwa foteliki i bagaż podręczny! Byliśmy najbardziej obładowani z całej grupy. Dodatkowo, z gapiostwa Tomka, który zwlekał z wynajęciem samochodu, trafił nam się Fiat Panda, słynący z dużego bagażnika ;-) Ale jakoś udało się wszystko upchnąć, ku zdziwieniu towarzystwa i Weroniki, która stwierdziła, że auto jest ładne ale „takie jakieś małe”. Samochód wynajmowaliśmy poprzez stronę economybookings.com (faktycznie samochód dostarczała lokalna firma). Cena była przyzwoita a nasze wymagania skromne – byle była klimatyzacja. No właśnie, byle by była ... ale o tym później.

Nasz pierwszy postój był w San Vito lo Capo – piękna plaża u podnóża skały przypominającej Gibraltar. Miejscowość dość spokojna (no ale był październik) chyba głownie odwiedzana przez włoskich turystów. Szeroka piaszczysta plaża (co nie jest zbyt częste na Sycylii), turkusowe morze (temperatura wody ok 26 stopni!!!!), wiele restauracji i restauracyjek, kawiarnie – było wspaniale.

Noclegi mieliśmy zarezerwowane przez booking.com. Mieszkaliśmy w apartamencie w Residence Il Baglio – bardzo fajne miejsce, bliziutko centrum i plaży - miejscowość jest mała i prawie z każdego miejsca jest blisko :-) Nasz apartament składał się z salonu z kuchnią i łazienką na parterze oraz dwóch sypialni na piętrze. Oczywiście apartament był klimatyzowany (latem nie wyobrażam sobie bez klimy bo w październiku mieliśmy po 35 stopni w cieniu!). Przed domem mieliśmy mały ogródek ze stoliczkiem, a wszystko to ulokowane było wokół malutkiego skwerku/ogródka a drzewa dawały miły cień. Dzieciaki mogły swobodnie biegać wokoło, ulica (z prawie zerowym ruchem samochodowym bo była tylko dojazdowa do tych apartamentów) była oddzielona furtką. Miejsce super, apartament super, tylko te komary!!!! Trafiliśmy na plagę komarów (zacienione, podlewane ogródki to ich ulubione miejsce) tak dużą, że wieczorami nie mogliśmy siedzieć przed domem! A cały dzień (i noc też) musieliśmy smarować siebie i dzieciaki OFFem i Autanem. Niestety moskitiery w oknach były miejscami nieszczelne a poza tym stado komarów już mieszkało u nas, zanim się wprowadziliśmy.

Na wschodniej stronie cypla znajduje się bardzo ładny rezerwat przyrody Riserva Naturale Dello Zingaro – dojeżdża się samochodem do granicy rezerwatu a następnie poprowadzona jest ścieżka spacerowa przez kilka malutkich, uroczych plaż (cała trasa zajmuje około 2 godzin, ale do najbliższej plaży jest 15 minut). Plaże są kamieniste, ale za to z czyściutką wodą (tak czystą, że sporo tam meduz pływało!). W rezerwacie nie ma żadnej infrastruktury (na parkingu jest jedyny punkt, gdzie można kupić napoje!).

20:50, tomasz.kochanowski
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 października 2013

Kolejnego dnia, wypożyczonym samochodem, ruszyliśmy w głąb lądu w do Meridy. Pierwszy nasz postój jednak był kilka km od miasteczka Tulum – Cenote Cristal .
Półwysep Yukatan jest wapienny i płaski jak stół. Dlatego tworzą się tam jaskinie sięgające w głąb ziemi, które następnie zalewane są wodą pochodzącą z deszczu. Tak powstają niezliczone jeziorka w dżungli, które pod woda mają czasem wielkie systemy jaskiń. Dla Majów było to wejście do podziemnego świata umarłych – Xibalba, dlatego też często były to miejsca składania ofiar z ludzi... Cenotes często znajdują się pod opieką lokalnej społeczności, która (w zamian za opłatę za wstęp) dba o teren wokoło zapewniając ławeczki piknikowe, pomosty, toalety itp. Większość turystów udaje się do Gran Cenote ale nam odradzono wizytę tam ze względu na liczbę turystów oraz stosunkowo wysokie opłaty wstępne. Dlatego trafiliśmy do malutkich Cenote Cristal oraz Cenote Escondido. To pierwsze jest bardzo fajne do pływania (przetestowaliśmy, a Weronika nawet dojrzała tam pływające żółwie!), drugie podobno też, a dodatkową jego atrakcją jest mieszkający w niej krokodyl! Podobno niegroźny i nieduży, my jednak woleliśmy nie sprawdzać :-)

 Cenote Cristal

 Cenote Cristal

Cenote Cristal

Cenote Cristal

 Po odwiedzeniu cenotes pojechaliśmy do miasta Coba, gdzie znajdują się ładne ruiny miasta. Ich wielką atrakcją jest położenie (w dżungli, porośnięte lasem, co trochę przypominało to nam Angkor Wat w Kambodży) oraz stosunkowo niewielka liczba turystów (oczywiście relatywnie niewielka, ale nie ma tam problemu aby na zdjęciu nie mieć nikogo innego). Teren jest całkiem duży, gdyż odległość dwóch największych obiektów od siebie to 2 km. Ze względu na upał i duchotę (byliśmy tak w samo południe) nie zwiedziliśmy całości – Weronika i Beata miały już dosyć.

 Coba

Coba

Coba

Coba

Coba

Coba

Dla Weroniki ruiny byłby całkiem fajnym miejscem do zabawy w smoka, jego zamek, księżniczkę i rycerza :-)

 Coba

Coba

Coba

Coba

Tego dnia nocowaliśmy w miasteczku Valladolid. Jest to stare kolonialne miasteczko, po drodze do Chichen Itza – najsłynniejszych ruin na Yukatanie (gdzie warto pojawić się rano, jeszcze przed kilkoma tysiącami turystów, którzy tam codziennie przyjeżdżają z Cancun i okolic). W Valladolid na placu głównym znajduje się zabytkowy kościół, który w nocy jest ślicznie podświetlony.

Valladolid

Valladolid

Chichen Itza (grudzień 2012)

 

Chichen Itza to jedno z największych miast Majów, założone około 600 r.n.e. Gdy Hiszpanie podbijali Meksyk miasto było opuszczone (nie do końca wiadomo dlaczego). Jego wielkość robi wrażenie, a przede wszystkim Castillo (Świątynia Kukulkan) – wysoka na ok 30 metrów piramida. W jej wnętrzy znajduje się druga piramida, starsza, która została przykryta przez Castillo (jest podziemne wejście do korytarza prowadzącego do wewnętrznej piramidy). Niestety cały ten teren jest zamknięty – nie wolno ani wspinać się na piramidę ani wchodzić do jej ukrytych korytarzy... Jednym z powodów zakazu wspinania się na schody były wypadki (nawet śmiertelne) – schody są bardzo strome i czasem turyści nie dawali rady.

Teren Chichen Itza jest bardzo duży i przejście go wymaga około 2 – 3 godzin spaceru. Z Weroniką nie mieliśmy tyle czasu (zanudziłaby się na śmierć) więc szybko przeszliśmy tylko najważniejsze obiekty, zatrzymując się od czasu do czasu w cieniu aby pobawić się trochę :-)

 

 

Teren Chichen Itza to także wielki targ z pewnie setką straganów sprzedających mniej lub bardziej oryginalne i ładne pamiątki: od małych figurek, rzeźb po dywany :-)

 

Na terenie Chichen Itza znajduje się także największe znane boisko do gry w tradycyjną meksykańska piłkę. Gra ta przypominała trochę koszykówkę, gdyż chodziło o to aby piłka przeleciała przez kamienną obręcz na ścianie, przy czym prawdopodobnie piłkę uderzało się biodrem lub tułowiem. Ciekawostką tej gry były ścinanie kapitana, a może nawet całej przegranej drużyny. Przynajmniej mieli silną motywację do wygranej...

 

 

 

Około południa zaczęły się zjeżdżać wycieczki i tłumy turystów zaczęły gęstnieć. Szybko zjedliśmy lunch w barze przy wejściu do Chichen (nie polecamy baru – jedzenie wyjątkowo niesmaczne!) i ruszyliśmy do Meridy – miasteczka, gdzie mieliśmy spędzić kolejne kilka dni.

 

 Merida (grudzień 2012)

 

Merida to spore miasto ze starówką w stylu kolonialnym. Jest ono także stolicą stanu Yukatan. Nasz hotel znajdował się jedną przecznicę od głównego placu, a więc lokalizacyjnie świetnie położony – bardzo blisko do wszystkich najładniejszych zakątków miasta. Dodatkowo Merida jest dobrym miejscem na zakupy pamiątek – na każdym kroku sklepy z pamiątkami z dosyć atrakcyjnymi (oczywiście po negocjacjach) cenami.

 

 

Na placu głównym znajdują się między innymi Palacio de Gobierno, Palacio Municipal oraz Catedral de San Ildefonsio. Bardzo ładnie odnowione zabytki, które nadają kolonialny klimat Meridzie. Wszędzie wokoło znajdują się stare kamienice (w jednej z nich był nasz hotel Reforma), które wyglądają praktycznie tak samo jak zabytki w peruwiańskiej Limie czy chilijskim Santiago de Chile. W końcu wszystkie zbudowane zostały przez Hiszpanów...

 

 

Obok naszego hotelu znajdował się ulubiony placyk Weroniki – Parque Hidalgo oraz kościół de la Tercera Orden. Placyk ten służył za plac zabaw – w cieniu drzew, odrobinę na uboczu (więc nie było tam tak głośno od zgiełku ulicznego), a na środku znajduje się pomnik ze schodami (a Weronika bardzo lubi schody).

 

Po zmroku miasto nabiera szczególnego uroku – centrum jest bardzo ładnie oświetlone, w weekendy ulice są zamykane gdyż rozstawiają się tam restauracyjki i bary, rozkładają się stragany, uliczni grajkowie a na ulice wylegają tłumy meridańczyków i turystów.

 

 W ciągu dnia Merida jest trochę mniej przyjemna, gdyż upałowi towarzyszy zgiełk ruchu ulicznego i zaduch dużego miasta...

 

Dziwne w Meridzie jest to, że ledwie kilka przecznic od centrum na północ miasto wygląda jak wymarłe – typowe („nowoczesne”) budownictwo zamiast, jak zwykle tętnić życiem, jest puste – domy wystawione na sprzedaż lub wynajem i zupełnie pusto na ulicy...

 

 

Za wskazówkami przewodnika wybraliśmy się także na Paseo de Montejo – wybudowana w XIX wieku szeroką ulice mającą być nowoczesną wizytówką Meridy. Chyba jakoś nie trafiliśmy w dobra porę (niedziela po południu nieodpowiednia?), gdyż ulica ta była niemalże pusta a restauracje zamknięte. Przy ulicy znajduje się kilka imponujących zabytkowych budynków, ale nie wyglądały one na specjalnie zagospodarowane (pewnie mieszczą się tam muzea lub urzędy).

 

Na ulicach Meridy, gdzieniegdzie, znaleźć można tabliczki z rysunkami oraz słownictwem po hiszpańsku. Podobno miały służyć nauce przez ludność lokalną języka hiszpańskiego...

 Cenote Ikil i powrót nad morze (grudzień 2012)

 

Wracając z Meridy w kierunku morza zaplanowaliśmy jeszcze postój przy Cenote Ikil – kolejne jeziorko w jaskini na drodze pomiędzy Valladolid a Chichen Itza. Wcześniej jeszcze Tomek może się pochwalić pierwszą większą wpadką w Meksyku – dał się oszukać (jak niedzielny turysta!) na stacji benzynowej. Schemat jest prosty – dajesz 500 peso, panowie z obsługi w tym czasie odwracają twoją uwagę zagadując („z Polski jesteście! To jak Jan Paweł II! My go kochaliśmy, bo my katolicy jesteśmy!”), a jednocześnie ukradkiem podmieniają banknot 500 peso na 50 peso i pokazują, że się pomyliłeś i zapłaciłeś za mało. A Tomek dał się na to nabrać, więc drugi raz zapłacił 500 peso... A wydawało się, że taki wytrawny podróżnik...

 

Cenote Ikil to całkiem spore miejsce i świetnie przygotowane do przyjmowania turystów, który chętnie tam się zatrzymują w drodze do lub z Chichen Itza. Ponieważ jest to ponad 150 km od morza, woda nie sięga brzegów jaskini a znajduje się głęboko w jej wnętrzu – wygląda to jak ogromna i głęboka studnia! Aby dotrzeć do jeziorka trzeba zejść schodami (wykutymi w tunelu) około 30 metrów w dół. Samo jezioro jest jeszcze głęboko na około 40 – 50 metrów! Można oczywiście w nim pływać, w towarzystwie czarnych ślepych rybek :-)

 

Woda wydaje się czarna, a tylko w południe (gdy słońce świeci prosto w dół tej wielkiej studni) nabiera niebieskiego koloru! Z góry zaś zwisają korzenie drzew, które w ten sposób próbują sięgną do wody.

 

Na miejscu, tak jak wszędzie w turystycznych miejscach w Meksyku, świetnie przygotowana i utrzymana infrastruktura – czyściutkie łazienki i przebieralnie (dla korzystających z kąpieli w cenote), sklepik z pamiątkami i restauracja.

 

Po drodze jeszcze mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda meksykańska wieś.

 

 

 

Powrót do Tulum i wycieczka do Xel-Ha (grudzień 2012)

Po powrocie do Tulum zatrzymaliśmy się w innym hoteliku – El Punto. Jest on dosyć dogodnie położony – na obrzeżach miasta, przy skrzyżowaniu z drogą wiodącą na plaże, obok supermarketu. Hotelik jest bardzo fajny, a najfajniejszą rzeczą jest darmowa wypożyczalnia rowerów. Rower to najlepszy środek transportu po Tulum.



Myśmy właściwie w Tulum już nie mieli nic do roboty, ale nasz plan to wizyta w Xel-Ha – to taki eco-park, czyli naturalny park rozrywki. Znajduje się on kilkanaście kilometrów od miasteczka, a dogodny transport zapewniają buski (colectivo) jadące w kierunku Playa del Carmen (trzeba wysiąść na wysokości parku i ostatnie kilkaset metrów przejść piechotą). Oczywiście bardzo niewielu turystów jedzie tam transportem publicznym, a raczej jadę specjalnym autobusem z Tulum. Nas na miejscu przywitała tropikalna ulewa i po wysiadce z colectivo schroniliśmy się pod daszkiem na przystanku, razem z innymi podróżnymi – pracownikami parku. Po chwili wszystkich nas do samochodu zabrał kolejny pracownik parku, więc w sumie udało nam się uniknąć zmoknięcia. A deszcz po kilkunastu minutach ustał.

Xel-Ha za czasów Majów było portem, a znajduje się w ślicznej zatoczce. Teraz jest to teren wielkiego eco-parku czyli miejsca gdzie można spędzić cały dzień wśród meksykańskiej przyrody. Ale nie jest to nic podobnego do naszych polskich parków narodowych – codziennie przyjeżdża tutaj kilka tysięcy osób, na miejscy czekają restauracje, sklepiki z pamiątkami, bary, leżaki, hamaki, mini-plaże, place zabaw dla dzieci, salony masażu itp. Ale jednocześnie jest to piękne miejsce do snorkelowania (nie ma fal, woda jest czyściutka a w wodzie sporo różnorodnych kolorowych rybek a także płaszczki), są małe cenotes, rzeczka, którą można spłynąć na wielkich dmuchanych kołach, wszędzie biegają legwany oraz koati (ostronos rudy, zwierzę z rodziny szopowatych). Podziwiać można także (niestety żyjące w niewoli) delfiny oraz manaty. Można powylegiwać się na plaży, pojeździć rowerem, zjechać kolejką tyrolską, przepłynąć przez jaskinie, oglądać rybki z łódki o szklanym dnie, przejść mostkiem linowym lub poskakać ze skały do wody. 

Teren na szczęście jest tak duży, że te tysiące ludzi rozłażą się po okolicy i poza główną restauracją nigdzie nie ma tłoku. A w restauracji zaskoczyło nam naprawdę smaczne jedzenie (ta zupa z owoców morza...!). Najwięcej skorzystaliśmy z kąpieli w czyściutkiej i przejrzystej wodzie zatoczki (sprzęt do snorkelowania i płetwy wypożycza się za darmo, tak samo jak ręczniki), a najwięcej frajdy sprawiło nam  oglądanie delfinów. Za drobną opłatą od 90 USD do 135 USD można z tymi delfinami popływać.

Weronice najbardziej spodobały się wielkie manaty – wyglądające trochę jak głazy. Oglądaliśmy je z pomostu (za drobną opłatą 90 USD można z nimi popływać i pokarmić je z ręki brokułami).

 

Cozumel (grudzień 2012)

Z Tulum wróciliśmy do Playa del Carmen, która miała być także naszym ostatnim postojem przed powrotem do Polski. Z Playa planowaliśmy jeszcze popłynąć na wyspę Cozumel (nie udało nam się zrobić to na początku pobytu). Z Playa pływają szybkie promy co godzinę (podróż zajmuje ok 45 minut, a kosztuje około 12 USD za osobę w jedną stronę).

Wyspa Cozumel to świetne miejsce na nurkowanie i snorkelowanie. Są tam także śliczne plaże, ale od strony otwartego morza, gdzie silne fale i prądy mocno utrudniają pływanie. Jest to także miejsce gdzie przypływają wielkie wycieczkowce. Tyle wiedzieliśmy o wyspie, więc w sumie nie do końca wiedzieliśmy czego się spodziewać. Liczyliśmy na spokojną wyspę, z przyrodą objętą ochroną, trochę odludną – coś na kształt Ihla Grande w Brazylii. Rzeczywistość okazał się zupełnie inna, trochę rozczarowująca.

Miasteczko, do którego przypływa prom (San Miguel) to klasyka małego kolonialnego miasteczka. Na każdym korku restauracyjki i sklepy z pamiątkami. Na jego obrzeżach jednak powstały centra handlowe,  supermarket oraz zupełnie nijakie wielkie sklepy z biżuterią, pamiątkami, ubraniami i czymkolwiek co chcieliby kupić turyści.

Niestety po wyspie można się poruszać tylko (nietanimi) taksówkami lub wynajętym samochodem, gdyż lobby taksówkowe skutecznie blokuje powstanie jakiegokolwiek publicznego transportu. Nas nie interesował wyjazd na którąś z plaż, a raczej chodziło nam o miejsce do snorkelowania w miarę niedaleko od miasteczka. Plaże znajdują się na wschodnim wybrzeżu, ale z powodu piasku (i fal) nie ma tam dobrych warunków na snorkelowanie. Z kolei kolorowe rybki można podziwiać na wybrzeżu zachodnim, gdzie nie ma piaszczystych plaż a brzeg jest skalisty. Nasz wybór padł na Villablanca – bar nad morzem z przygotowanym dogodnym wejściem do wody oraz leżaczkami.

Brzeg praktycznie od samej przystani promowej jest w pełni zabudowany domami, willami, apartamentowcami w dosyć chaotycznym stylu, zupełnie bez uroku. Zapewne inne części wyspy są urocze, ale nam się nie chciało spędzać w samochodzie godziny by dotrzeć w bardziej odludne rejony (może to błąd był?). Villablanca jest dość przyjemnym miejscem, snorekelowanie jest tam natomiast OK –gorsze niż np. w Xel-ha i zupełnie nieporównywalne do Tajlandii czy Indonezji. A dodatkowym minusem są pływające łódki, które powodują, że musisz cały czas pilnować się bojek wyznaczających bezpieczny teren. Ale trochę kolorowych rybek udało nam się zobaczyć :-)

Playa del Carmen – ostatnie promienie słońca (grudzień 2012)

Ostatnie dwa dni w Playa spędziliśmy już zupełnie na spokojnie – plaża, spacery, zakupy... Czas jednak bardzo szybko biegł i cały wyjazd do Meksyku wydawał się trwać jednak krótko :-)

Nasz ostatni hotel (Playalingua Del Caribe) był całkiem dobrze położny (przy deptaku, blisko plaży), z jednym drobnym wyjątkiem – obok znajdowała się dyskoteka, przez co do 2 – 3 w nocy gwarantowany hałas i dudnienie. Trochę to było dla nas męczące. Oczywiście jedynie Weronika nie zwracała uwagi na hałasy i zasypiała bez problemu. Jakże inaczej było w naszym pierwszym hotelu (El Aquario).

W środku dnia na plaży był upał nie do zniesienia, więc wybieraliśmy się tam rano i po południu. Wtedy także było najlepsze słońce do fotografowania :-)

Długi lot do Gdańska (grudzień 2012)

Lot powrotny miał być trochę krótszy niż lot do Meksyku (ruch obrotowy Ziemi miał nam pomagać) i w sumie do Frankfurtu dotarliśmy nawet przed czasem. Natomiast tam czekała na nas niespodzianka – lot do Gdańska został przez LOT odwołany! Nie opóźniony, a po prostu odwołany. Chwilę zajęło nam zanim udało nam się dowiedzieć jak mamy znaleźć sobie powrót do Gdańska (okazało się, że kasy biletowe Lufthansy nam pomogą). A tam długa kolejka podróżnych z całego świata z podobnymi problemami. Ponieważ to był 23.XII samoloty pełne i niełatwo znaleźć wolne miejsce – a kto pierwszy ten lepszy (kto szybciej trafił do kas ten miał większe szanse na alternatywne połączenie). A nam jeszcze trafiła się przerwa, gdyż pewien brodaty pan o ciemniejszej karnacji skóry zostawił w terminalu pod słupem walizkę i sobie poszedł. Oczywiście jak tylko policja się zorientowała zarządziła ewakuację terminala (w tym kas biletowych), dopóki nie przyjechali pirotechnicy i nie sprawdzili co jest w środku. Jak przyszła w końcu kolej na nas (po około 2 godzinach czekania!) byliśmy totalnie zmęczeni (w podróży już 14 godzin). Bardzo miły pan szukał dla nas połączeń i tylko zmartwiony kiwał głową... Samoloty pełne, jedyne co nam mógł zaoferować to lot Frankfurt – Berlin – Warszawa - Gdańsk. Jakoś nam się to nie uśmiechało, gdyż obawialiśmy się opóźnień na takim kombinowanym locie. Gotowi byliśmy nawet zostać na noc we Frankfurcie niż spędzić jeszcze cały dzień na lotniskach. Ostatecznie, na śpiąca u Tomka na rękach Weronikę oraz Beatę w ciąży, udało się polecieć Frankfurt – Warszawa – Gdańsk  w biznes class (w której byliśmy jedynymi pasażerami) i po 24 godzinach od wyjścia z hotelu w Playa dotarliśmy do domu (co prawda bez wózka Weroniki, który zagubił się gdzieś po drodze i dotarł ostatecznie dwa dni później).

15:15, tomasz.kochanowski
Link Komentarze (1) »

Kolejna miejscowość na naszej trasie to Tulum – miasteczko znacznie mniejsze od Playa, położone niedaleko morza (do plaży jest około 3 km), słynne z plaż oraz pięknych (choć niewielkich) ruin miasta Majów, których cały urok pochodzi z położenia (nad samym morzem) i setek jaszczurek (iguan) biegających wszędzie wokoło. Z Playa pojechaliśmy autobusem (ok 1 godziny) do centrum miasteczka. Pierwszy dzień zamierzaliśmy spędzić w mieście aby zorganizować się na kolejne, plażowe, dni. Hotel był oddalony o koło 15 minut piechotą, więc wybraliśmy taxi (około 12 zł)  zamiast spaceru :-) Hotel nasz to Posada Yum Kin i okazał się przeuroczym miejscem! Patio wygląda jak dżungla, pokoje bardzo przestronne (trafił nam się wyjątkowo duży, bo nawet z kuchnią!) urządzone w starym stylu, wielki taras z hamakiem (tylko te komary!). Dodatkowo basen a rano czekało na nas pyszne śniadanko :-)

 Tulum - Posada Yum Kin

Tulum - Posada Yum Kin

Tulum - Posada Yum Kin
Tulum - Posada Yum Kin

Tulum - Posada Yum Kin

Tulum - Posada Yum Kin

No ale nie dla hotelu przyjechaliśmy do Tulum – najpierw ruiny miasta Majów. Znajdują się one ok 15 minut piechotą od miasta, ale ponieważ taksówki takie tanie... ;-) Oczywiście wstęp do ruin jest płatny (około 12 zł) ale za to na miejscu ślicznie utrzymane trawniki, ścieżki spacerowe itp.
Miasto Majów Tulum (znane także pod nazwą Zama) było portem dla niedalekiego, większego, miasta Coba. Okres rozkwitu Tulum to XIII - XV wiek. Z ruin jest także zejście na piękną plażę (a my tego dnia nie wzięliśmy strojów kąpielowych!).

 Tulum

Tulum

Tulum

Tulum

Tulum

Tulum

Tulum

Tulum

Tulum

 Tulum

Tulum

Tulum

Tulum

Nasze dwa kolejne dni zaplanowane były na plaży – w innym hoteliku Posada del Sol. „Sol” to po hiszpańsku słońce i trochę nam tego zabrakło... Już pierwszego dnia w Tulum wieczorem się rozpadało. Następnego dnia rano znowu deszcz i wszędzie ciemne, ciężkie chmury i tylko od czasu do czasu przebijało się błękitne niebo i słońce. Po deszczu odrobinę spadała temperatura, ale nadal była cieplutko – choć taki plus, że nie marzliśmy :-) Po południu na szczęście słońce wygrało, ale chmury nadal utrzymywały się niedaleko. Hotelik Posada del Sol jest jednym z wielu przy drodze ciągnącej się wzdłuż wybrzeża około 3 – 4km od miasteczka. Oprócz hotelików jest tam także sporo restauracji, małe sklepiki, punkty organizujące wycieczki na rafę koralową lub cenotes, wypożyczalnie rowerów itp. Transport do miasta najlepiej rowerem (na pewnym odcinku jest nawet ścieżka rowerowa) albo taksówką (70 peso – ok 18 zł). Czy istnieje transport publiczny (minibus zwany colectivo)?- informacje są sprzeczne, ale wydaje się, że kilka dziennie ich jeździ.

 Tulum - Posada del Sol

Tulum - Posada del Sol

Tulum - Posada del Sol

Tulum - Posada del Sol

Oczywiście obowiązkowy element wyposażenia hotelu to hamak na balkonie. Bardzo spodobał się Weronice :-)

 Tulum - Posada del Sol

Tulum - Posada del Sol
Hotel zasilany jest w wodę z pobliskiego jeziorka (cenote), gdzie woda jest lekko słona (więc mycie zębów w słonej wodzie), a w prąd zaopatrywany jest przez panele słoneczne i wiatrak – brak więc w pokoju klimatyzacji (zbyt energochłonna) i kontaktów. Tylko oświetlenie i wiatrak pod sufitem. Ale bliskość morza zapewniała wieczorem i w nocy odrobinę chłodniejszy powiew powietrza i spokojnie wiatrak wystarczył :-)
Obok hotelu był mały sklepik (zimne napoje, piwo i inne najpotrzebniejsze rzeczy) oraz kilka restauracyjek. Wybraliśmy jedną z nich i okazał się to strzał w dziesiątkę – najlepsze jedzenie, jakie udało nam się w Meksyku trafić!

Tulum

Tulum

Wieczorem poszliśmy tam nawet na drinka (Weronice wzięliśmy komputer, aby miała na czym oglądać bajki i się nie nudziła). Restauracja oczywiście jest na powietrzu, a jedynie zadaszona (na wypadek deszczu – ponownie, niestety, przydało się!) i cała ślicznie oświetlona kolorowymi lampionami.

Tulum


Następny dzień zaczął się ulewnym deszczem... Padało do około 10 – 11 rano. Oprócz deszczu towarzyszył nam wiatr prosto od morza, który powodował całkiem silne fale. Pływanie w morzu raczej odpadało.

Tulum

Tulum

Później pogoda się poprawiła, więc wybraliśmy się do pobliskiego hoteliku Papaya Playa Project (plaża jest tam ładniejsza, fajny bar i podobno całkiem dobra restauracja). Ich strona internetowa (http://www.papayaplayaproject.com/wordpress/  wyszukaliśmy ją jeszcze w Polsce) robi wrażenie. Hotelik faktycznie jest przyjemny – obok baru/restauracji ładnie przygotowane miejsca do siedzenia z widokiem na morze. Plaża także nas nie zawiodła, a Tomek (korzystając z chwili gdy fale troszkę się uspokoiły) nawet wskoczył do wody z maską i fajka do snorkelowania. Niestety fale były wystarczająco silne aby podnosić z dna tony piasku, który ograniczał widoczność do kilkudziesięciu centymetrów. A podobno to miejsce jest całkiem fajne do oglądania żółwi morskich.

 Tulum - Papaya Playa

Tulum - Papaya Playa

Skorzystaliśmy z baru (zimne piwo zawsze smakuje dobrze!) oraz restauracji. Jedzenie okazało się OK ale bez rewelacji. W pełni zadowolona była natomiast Weronika, gdyż dostała swoje ukochane frytki!

Tulum - Papaya Playa

Tulum - Papaya Playa

14:08, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »

Jesienią 2012 zaczęliśmy zastanawiać się gdzie pojechać w poszukiwaniu słońca i ciepła. Oczywiście, ponieważ spodziewaliśmy się wtedy drugiego dziecka, pierwsze rozważania skoncentrowały się na Europie. Niestety żadne miejsce w Europie nie gwarantuje słońca i odpowiedniej temperatury w listopadzie czy grudniu. Następny kierunek rozważany to Wyspy Kanaryjskie, ale Beata kręciła nosem bo już raz tam byliśmy, a ponadto są zbyt europejskie i ich największą atrakcją są jednak tylko plaże. Ma być bardziej egzotycznie! Więc wyciągnęliśmy nasz długo oczekujący na realizację plan – Meksyk! Tym bardziej, że kilkoro naszych znajomych odwiedziło Meksyk (także będąc w ciąży) i bardzo zachwalali. Tomek rozpoczął więc poszukiwanie biletów lotniczych i dogodnych połączeń. Okazało się, że z Gdańska najlepsze połączenie (choć nietanie) to dolot do Frankfurtu i dalej bezpośrednio do Cancun Condorem. Tańsze połączenia niestety przez USA, co wiąże się z wycieczką do Warszawy po wizy oraz niestety znacznie dłuższym przelotem. A więc Condor do Cancun, a do Frankfurtu dolot LOTem.

Ze względu na Weronikę i drugie dziecko w drodze, postanowiliśmy ograniczyć do minimum przejazdy w Meksyku i ograniczyć się do rejonów niedalekich od Cancun. Po konsultacjach ze znajomymi ustaliliśmy trasę (Playa del Carmen, Tulum, Valladolid, Merida) i zarezerwowaliśmy sobie noclegi poprzez Booking.com

Lot do Meksyku jednak jest długi – 2 godziny do Frankfurtu, tam 1,5 godz. Na przesiadkę i dalej kolejne 12 godzin. Weronika zniosła lot chyba lepiej od nas (nawet trochę spała), ale zanim dotarliśmy do hotelu byliśmy solidnie wymęczeni (od wyjścia z domu do wejścia do hotelu upłynęło 19 godzin). Natomiast Meksyk nie zawiódł nas jeżeli chodzi o pogodę – bardzo ciepło i słońce! Z lotniska autobus do Playa del Carmen  - nowoczesne i komfortowe autobusy prosto z lotniska odjeżdżają co ok 30 minut, czas przejazdu to ok 1 godziny. Na miejsce dotarliśmy pod wieczór więc zamierzaliśmy od razu iść spać (dla nas to było około 3 w nocy) i liczyliśmy, że w ten sposób szybko przestawimy się na nową strefę czasową (między Polską a Meksykiem jest różnica 7 godzin). Niestety znowu (tak jak w Hiszpanii wiosną) Weronika się rozchorowała! Przywiozła z Polski infekcję: temperatura, ból gardła, brzucha i biegunka... Pierwsze dwa dni była dla nas wszystkich bardzo ciężkie, ale na szczęście szybko zwalczyła chorobę i już trzeciego dnia można było spokojnie pójść na plażę!

 Playa del Carmen

Playa del Carmen

Playa del Carmen

Playa del Carmen

Hotelik, w którym mieszkaliśmy (El Aquario) jest bardzo przyjemnym miejscem: blisko plaży (jakieś 7 minut piechotą), w cichej okolicy (żadnych klubów nocnych w pobliżu) oraz z bardzo ładnym patio, palmami kokosowymi i malutkim basenem. Weronika już pierwszego dnia bawiąc się przy basenie powiedziała: „Ładnie jest w tym Meksyku!”.

 Playa del Carmen

Playa del Carmen

Playa del Carmen to taki meksykański Sopot – sporo turystów, ale zabudowa raczej niska (nie to co w półmilionowym Cancun), wzdłuż morza ciągnie się deptak pełen restauracji, barów, sklepów z pamiątkami, perfumami, strojami kąpielowymi i wszystkim czego mogą potrzebować turyści. Miasteczko szczególnie ładnie wygląda po zachodzie słońca (czyli po 18, bo im bliżej równika tym bardziej dzień i noc są sobie równe) –sklepy, restauracje i bary na powietrzu (bo po co ściany skoro tam zawsze ciepło?) są pięknie oświetlone, a turyści spacerują deptakiem ciesząc się wieczornym chłodem (chłodem tzn. że temperatura nie przekracza już 30 stopni). Plaża jest bardzo ładna, szeroka i piaszczysta, a może zawsze ciepłe (cały rok między 26 a 29 stopni!). Natomiast w morzu nie ma rafy koralowej ani kolorowych rybek, więc snorkelowanie nie ma sensu.

Playa del Carmen

Playa del Carmen

 

13:31, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 sierpnia 2013

Najbardziej znane miejsca na Węgrzech to Budapeszt (już odwiedzony przez nas) oraz jezioro Balaton. Niektórzy mówią, że jest piękne, inne że to duża kałuża z mętną wodą... Postanowiliśmy sprawdzić sami jak to jest, tym bardziej, że woda w nim ciepła (jest stosunkowo płytki) i okolica całkiem ładna. Zarezerwowaliśmy sobie nocleg na jednym z kempingów na północnej stronie jeziora – Balatonfured. Kamping o tej samej nazwie (http://www.vacansoleil.pl/camping/info/wegry-jezioro-balaton/balatonfured/kemping-fured/VPL/9/2421000/?gclid=CNzCtd-x3rgCFUZZ3godzx4AcQ) okazał się prawdziwym kombinatem: pole namiotowe, przyczepy kampingowe, domki, namioty, supermarket, basen (bardzo ładny!), plac zabaw, restauracje i bary.... Wszystko co potrzebne ok 2.5 tys. turystom, których może pomieścić. Może brzmi to przerażająco, ale w sumie to bardzo przyjemne miejsce – duży teren pozwala na prawdę wypocząć. Wynajęty przez nas domek – w pierwszym rzędzie od jeziora, bardzo przypadł do gusty Weronice i nam.

Balaton

Przed domkiem wielki trawnik (nie ma tutaj niestety piaszczystej plaży) i widok na jezioro. Jezioro jest bardzo fajne do kąpieli dla dzieci, gdyż jest dość długo płytkie.

Balaton

Balaton

Balaton

Balaton

Rano, zanim tłumy turystów przeniosły się na „nasz trawnik” ganiały po nim stada kaczek!

Balaton

Wejście do wody może nie wygląda zbyt fajnie – metalowe schody  i kamienisty brzeg, ale za to woda cudnie ciepła.

Balaton

Balaton

Balaton

Balaton

Balaton

Balaton to także raj dla żeglarzy – jezioro jest na tyle duże (77km długości), że jest gdzie popływać. Jednocześnie także płytkie – max. 12 metrów.

Balaton

Balaton

Balaton

Specyficzny kolor wody nie jest oznaką brudu, a tylko pewnych minerałów.

Relaks nad jeziorem (czyli wielkie „nicnierobienie”) tak nam się spodobał, że Beata nawet nie odwiedziła miejscowości Fured, która ma bardzo ładny deptak wzdłuż jeziora.

Balaton

Balaton

Balaton

Nie chciało nam się nawet pojechać do Tichany – podobnie pięknej mieścinki kilkanaście kilometrów dalej...

Nasz pobyt nad Balaton miał także jeszcze jeden cel – chcieliśmy się spotkać ze znajomymi Węgrami – Tamaszem i Rozi, których poznaliśmy w 2007 roku w Chile i z którymi spędziliśmy kilka dni podróżując po odludziach Chile i Argentyny. Szczęśliwie się złożyło, że akurat wracali z wakacji w Chorwacji ze swoim synkiem i zatrzymywali się na weekend nad Balatonem. Bardzo miło było się spotkać po latach!

Balaton

Balaton

Balaton

 

11:58, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 lipca 2013

Kilka dni w dużym mieście w upałach to wystarczy! Od samego początku nasz plan był aby spędzić kila dnie tylko w Budapeszcie a resztę w Eger i nad Balatonem. Był to znakomity pomysł, bo wszyscy byliśmy zmęczeni tłokiem, hałasem i upałem. Eger opisywany był w przewodniku jako miłe, małe miasteczko, stolica regionu skąd pochodzi słynne w Polsce wino Bycza Krew (Egri Bikavér). Wskoczyliśmy więc w wypożyczony samochód i pojechaliśmy do Eger. Faktycznie jest to bardzo ładne, zabytkowe małe miasteczko. Ładny rynek i przyjemna mała starówka do powolnego włóczenia się po mieście.

Eger

Eger

Eger

Eger

Eger

Weronika oczywiście zwracała uwagę na inne rzeczy niż my :-)

Który tu wybrać? Jeep czy BMW?

 

W przewodniku także pisali coś o piwniczkach winnych. Nie do końca wiedzieliśmy jak one dokładnie wyglądają, więc wybraliśmy się do Doliny Pięknej Pani (Szépasszony). Jest to praktycznie przedmieście Eger, około 15-20 minut spacerem od naszego pensjonatu. W przewodniku przeczytaliśmy także, że w centrum Eger jest kilka fajnych restauracji i barów gdzie można napić się lokalnego winka, ale kto by się tam wybierał skoro jest Dolna? Na miejscu zorientowaliśmy się dlaczego tak piszą w przewodniku! Szépasszony to mała dolinka, ok 2 km długości, w tufach wulkanicznych (miękkich skałach) gdzie wykuto kilkadziesiąt jaskiń (piwniczek) do trzymania wina. Zaletą tej skały (prócz tego, że jest miękka i łatwo w niej wykuwać jaskinie) jest to, że utrzymuje w miarę stała temperaturę cały rok – idealną do przechowywania wina. Piwniczki to nie tylko magazyny – wiele z nich to jednocześnie pijanie win oraz małe lub większe restauracje. I faktycznie zdecydowanie jest to centrum rozrywkowe Eger! Przepyszne wina, nie tylko czerwone, można smakować (za darmo zwykle!), pić na kieliszki (jeden kosztuje od 1,2zł do 5-6zł za wina z „górnej półki”), zabrać do domu w plastikowych bukłakach i beczułkach lub też po prostu zabutelkowane (te są droższe bo dochodzi koszt butelek!). Wszystko to przy tradycyjnej muzyce (w kilku restauracjach grają zespoły) oraz tradycyjnym węgierskim jedzeniu. Dla zmęczonych jedzeniem i piciem jest transport z powrotem do miasta – do późnych godzin wieczornych kursuje samochodowa ciuchcia – taka ja u nas jako atrakcja dla dzieci. Wspaniałe miejsce!!

Jedne piwniczki wyglądają skromniej....

Eger

Eger

Eger

... inne bardziej bogato.

Eger

Eger

We środku wszystkie bardzo podobnie. Ale wino w każdej z nich jest wspaniałe!!!

Eger

13:18, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 lipca 2013

Upał dawał się nam we znaki, a szczególnie mocno Weronice, które w ciągu dnia spała w wózku wymęczona temperaturą i zwiedzaniem. Dla nas wtedy była to okazja aby spokojnie chodzić po mieście i zwiedzać bez postojów na placach zabaw (których wcale zbyt dużo nie było) oraz przy fontannach  lub też po prostu na odpoczynek przy szklaneczce zimnego piwa!

Uciekając przed upałem zawędrowaliśmy na Wyspę Małgorzaty (Margit Sziget), która jest wielkim parkiem. Zacienione trawniki to idealne miejsce na piknik i do odpoczynku od miejskiego skwaru.

Trochę w oddaleniu od ścisłego centrum miasta są kolejne atrakcje Budapesztu: baseny termalne Szechenyi Gyogyfurdo, zamek Vajdahunyad oraz muzeum środków transportu (dla idelane miejsce dla dzieciaków). Wszystkie te obiekty znajdują się w rejonie Lasku Miejskiego (Városliget), do którego można dojechać najstarszą, zabytkową linią metra (atrakcja sama w sobie).


Do najsłynniejszych basenów ostatecznie nie weszliśmy – Weronika nie jest miłośniczką wody, w przeciwieństwie do tych tysięcy gościu pływających w basenach :-) Pozostał nam spacer po parku (Lasku Miejskim), który był kolejnym wytchnieniem od upalnego słońca. Tam właśnie trafiliśmy na bajkowy zamek Vajdahunyad. Nie spodziewaliśmy się tak fantastycznego budynku!

 Vajdahunyad

 Vajdahunyad

 Vajdahunyad

Vajdahunyad

Vajdahunyad

Na koniec jeszcze wybraliśmy się do muzeum środków transportu. Beata została w kawiarence, gdyż parowozy nie za bardzo ją pociągają. Natomiast Weronika, miłośniczka pociągów, była zachwycona. Zaczęło się od wielkim parowozów, zabytkowych wagonów oraz ogromnej makiety z modelami pociągów!

Był też i stare samochody, rowery, ale bardziej podobały się Weronice tramwaje konne :-)

 

 

 

11:28, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 lipca 2013

Po naszych ostatnich przygodach z wyjątkowo chłodną jesienią w Toskanii oraz wyjątkowo chłodną wiosną w Katalonii obawialiśmy się kolejnego wyjazdu wakacyjnego. Nasz wybór ostatniej chwili (niezupełnie planowaliśmy jakiś wyjazd wakacyjny) padł na Węgry. Beata kilkukrotnie pytała czy na pewno na Węgrzech  jest cieplej niż w Polsce. Statystyki oczywiście mówią, że jest cieplej, ale w Hiszpanii tez miało być ciepło... Tym razem pogoda nas nie zawiodła. Było ciepło, a nawet upalnie bo trafiliśmy na falę tropikalnej pogody (po 38 stopni Celsjusza!).

 
Wybór kierunku wakacyjnego wynikał z wojny cenowej między Wizz Air a Ryanair na trasach do Budapesztu (wywołanej  bankructwem Malev’u). Cena lotu wyniosła około 500zł za naszą trójkę w dwie strony, z wylotem z Modlina. Postanowiliśmy sprawdzić czy miasto to faktycznie jest tak ładny jak wszyscy mówią, a przy okazji jeszcze odwiedzić Beatę i Łukasza z Leną w Warszawie.

Do Budapesztu dolecieliśmy wieczorem i zanim dotarliśmy do naszej miejscówki było już dość późno. Weronika bardzo dzielnie zniosła cała podróż i ponownie udowodniła, że ma zadatki na Elżbietę Dzikowską! Przy okazji – gorąco polecamy apartamenety Corvin Plaza (http://www.booking.com/hotel/hu/corvin-plaza-apartments.pl.html?sid=7caa7a4bcdad93fa11e02a1c48c8be4a;dcid=1;origin=disamb;srhash=3726922676;srpos=1) w których mieszkaliśmy. To jest po prostu nowa kamienica, położona tuż obok stacji Corvin-negyed niebieskiej linii metra (5 minut piechotą), gdzie znajdują się mieszkania dwu- i trzypokojowe. Proste ale schludne wyposażenie (w stylu IKEA), TV, kablówka, pralka, kuchnia  lodówką i kuchenką elektryczną, WiFI – naprawdę bardzo wygodne do mieszkania z dzieckiem. Dodatkowo jeszcze mały ogródek na parterze! Weronice tak bardzo się podobało, że powiedziała iż jej Prosiaczek zawsze chce tu mieszkać jak nie mieszka w naszym domku w Gdańsku! Na koniec pobytu w Budapeszcie nie chciała wyjeżdżać!

 

W Budapeszcie trafiliśmy akurat na święto państwowe (chyba święto niepodległości), co wiązało się z tłumem turystów i miejscowych, zamkniętym ruchem samochodowym w centrum na ulicach wzdłuż Dunaju oraz wielkim kiermaszem z tradycyjnym jedzeniem oraz piciem! W pełni można było podziwiać most łańcuchowy Széchenyi Lanchíd, gdyż on także zamknięty był dla ruchu samochodowego. Przy czym spacerowały po nim tysiące ludzi więc i tak trudno było zrobić zdjęcie!

Most łancuchowy Széchenyi Lanchíd

Most łancuchowy Széchenyi Lanchíd

Most łancuchowy Széchenyi Lanchíd

Oczywiście posmakowaliśmy kilku potraw: węgierka odmiana pizzy – langosz (pycha!) oraz lokalne wina  (też pycha!).

Piec do wypiekania langosz

Piec, w którym piecze sie langosz.

Zupa gulaszowa

W garnkach nad ogniem wisiałyu też kotły, w których gotowała się zupa gulaszowa (ulubione węgierskie danie Tomka).

Na całym odcinku kiermaszu towarzyszyły nam wspaniałe widoki na budynek Parlamentu.

Parlement

Parlement

Oczywiście odwiedziliśmy większość istotnych i ciekawych miejsc: Synagogę..

Synagoga

Synagoga

Pomin ofiar Holocaustu.

Centrum miasta z Bazyliką Św. Stefena...

Bazylika sw. Stefana

Bazylika sw. Stefana

Bazylika sw. Stefana

Miasto ogólnie jest bardzo ładne i miło jest po prostu szwendać się uliczkami co raz napotykając imponujące kamienice, przyjemne uliczki z restauracjami i kawiarniami.

Zaliczyliśmy wjazd na Wzgórze Zamkowe (Várhegy) słynną kolejką Siklo (długie oczekiwanie w kolejce, krótki przejazd!).

Kolejka Siklo

Przez Zamkiem załapaliśmy się na zmianę warty!

Z góry jest także wspaniały widok na panoramę miasta, a właściwie Pesztu.

Widok na Peszt

Widok na Peszt

Widok na Peszt

 Przed Zamkiem zażywaliśmy ochłody przy fontannach. Upał w mieście był niemiłosierny!

Wzgorze Zamkowe

Wzgorze Zamkowe

Wzgorze Zamkowe

Cały obszar Starego Miasta jest ładny i przyjemny do spacerowania. Najbardziej chyba podobał nam się Plac św. Trójcy (Szentháromság tér) wraz z kościołem Macieja (Mátyás templom). Oprócz tego, że bardzo ładny to niesamowicie położony – na górce z widokiem na miasto.

kościół Macieja

kościół Macieja

kościół Macieja

kościół Macieja

Zaraz obok Baszty Rybackiej, w krużgankach, zorganizowana restauracyjka z chyba najlepszym widokiem na miasto!

 kościół Macieja

kościół Macieja

kościół Macieja

 

13:52, tomasz.kochanowski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 marca 2013

Między Lloret i Blanes jest jeszcze kilka ślicznych miejsc. Wybraliśmy się do jednego z nich – plaży Santa Cristina. Ponieważ nie ma tam (chyba) transportu publicznego, więc niewiele osób na tę plaże dociera. W sezonie pływa tam chyba łódka z Lloret, która przybija do plaży. Zatoczka jest podzielona na dwie części skałami, a widoki w obie strony są równie śliczne.

Dzień był bardzo ciepły i słoneczny (tak miało być przez cały czas!) więc pojechaliśmy jeszcze na główną plażę w Lloret.

To był już nasz ostatni dzień w Hiszpanii – następnego dnia mieliśmy samolot do powrotny. Lot był wcześnie rano, więc nasz plan był taki aby wieczorem wypożyczonymi samochodami wrócić do Girony, przenocować (w „naszym” hotelu) i rano oddać auta na lotnisku. Plan się udało zrealizować, więc niestety musieliśmy wrócić do Polski...

 

15:47, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »

Na kolejne dni wynajęliśmy samochody aby odwiedzić miejsca troszkę dalej odległe od Lloret de Mar. W przewodniku doczytaliśmy się, że najpiękniejsze plaże są w okolicy miejscowości Palafrugell (około 1 godz. jazdy). Wybraliśmy dwa miejsca: Llafranc oraz Tamariu. W 100% możemy potwierdzić to co pisali w przewodnikach – to niezwykle urocze plaże w małych miejscowościach, gdzie głównie spotkać można Hiszpanów gdyż w pobliżu nie ma żadnych dużych hoteli. Dodatkowo jeszcze trafiła nam się iście letnia pogoda: słońce, temperatura sięgająca chyba 30 stopni :-)

Weronice bardzo się podobało! Tyle piasko do przekopania!

Beacie chyba też się podobało - W końcu na prawdę ciepło!!!!

 

Oczywiście na lunch owoce morza (były wyjątkowo smaczne)!

 

 

Druga odwiedzona przez nas miejscowość to Tamariu (jakieś 6km dalej). Było już popołudnie więc plaża pustoszała, ale nadal było ciepło i przyjemnie, a widoki cudne! Miejscowość ta jest jeszcze mniejsza niż Llafranc z pięknie turkusową wodą.

15:42, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 marca 2013

Ponieważ byliśmy ledwie 100km od Barcelony nie mogliśmy się tam nie wybrać, choć na jeden dzień. Z Blanes kursuje bezpośredni pociąg docierający do centrum Barcelony  - jedzie ok 1,5 godziny, jego stacja jest pod ziemią, pod stacją metra na Placa de Catalunya, czyli na początku najsłynniejszego deptaku w mieście – La Rambla.

Pogoda w Barcelonie nas nie rozpieszczała, gdyż temperatura to około 17 stopni i pochmurne niebo. Ponieważ byliśmy już w Barcelonie, nie mieliśmy ciśnienia aby biegać i zwiedzać. Tomek z Weroniką postanowili się wybrać do Akwarium, które znajduje się obok basenu jachtowego na dole La Ramba. Beata w tym czasie miała czas na kawę i podziwianie uroków Placa Reial.

Dla Weroniki największa atrakcją była makieta okrętu podwodnego :-)

Później jeszcze spacer uliczkami starówki no i oczywiście ulicą La Rambla.

16:09, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 marca 2013

Wybrzeże Costa Brava na północ od Lloret to skaliste klify poprzecinane pięknymi plażami. Wybraliśmy się do następnej miejscowości, Tossa de Mar, która uchodzi za jedną z piękniejszych na całym wybrzeżu. I faktycznie jest znacznie ładniejsza nić Lloret – zabytkowa zabudowa, małe kamieniczki przy pięknej plaży i ruiny zamku wysoko na skale.

 

Na plaży towarzyszyło nam słońce i pogoda była wyjątkozo polżowa!

Ze wzgórza zamkowego były bardzo piękne widoki. Niestety po południu zaczęła także napływać znad morza mgła...

Błądząc uliczkami starówki można natknąć się na ccałkiem przyjemne zaułki. W jednym znich także trafiliśmy na całkiem przyjeną restauracyjkę z przyzwoitymi cenami i przepysznymi owocami morza :-)

Dojazd do Tossa jest bardzo prosty – co ok. 30 kursują autobusy z Lloret, natomiast droga jest bardzo krętą – iście górskie serpentyny. Weronika (i my trochę też) ledwie dawaliśmy radę :-)

14:46, tomasz.kochanowski
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17